A może nocą wyjechać nad morze?

Studio_20150809_094324

Od poniedziałku upały dają się we znaki wszystkim. W sobotę i niedzielę jest jeszcze cieplej. Temperatura w niektórych miejscach wzrosła nawet do 40 stopni Celsjusza. Wiele osób w ten weekend wyjeżdża na urlop lub z niego wraca. Co zrobić, żeby podróż nie była koszmarem? Może warto wyjechać w nocy?

O radach dla kierowców wyjeżdżających na długo wyczekiwany urlop pisałem już kilka dni wcześniej:
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/koszmarna-podroz-w-upale-na-upragnione-wakacje/5typmw
Jednak przy takim upale może warto dodatkowo zweryfikować porę wyjazdu. Jeśli nawet będziemy odpoczywać w trakcie podróży co godzinę w zacienionym miejscu, nie zjemy tłustych potraw przed jej rozpoczęciem, będziemy pić wodę, włączymy klimatyzację, jazda mimo wszystko może być dla wielu swoistą gehenną. Przy 40°C na zewnątrz, włączona na maksymalne chłodzenie klimatyzacja, mało komu pomaga. Przekonałem się o tym, jeżdżąc w piątek autem tylko po Warszawie. A co zrobić jeśli musimy pokonać 500 kilometrów i to niekiedy część trasy w korku? Jest na to wyjście. Jazda nocą.

Rozważmy za i przeciw tego rozwiązania.

Pierwsza podstawowa zaleta to jazda przy około 20°C, czyli bez upału i co ważne bez męczącego kierowców słońca. Do celu dotrzemy zapewne też dużo szybciej i to bez korków. W ciągu dnia musimy liczyć się z korkami, szczególnie na drogach dojazdowych do nadmorskich i górskich kurortów. Dodatkowo, jeśli na przykład dojdzie do stłuczki, czy wypadku, jesteśmy skazani na „grzanie się” w swoistym „piekarniku”. Czyli nocą jest szybciej i chłodniej.

Przejdźmy teraz do minusów nocnej podróży. Na pewno jedzie się dużo gorzej po ciemku. Niektórzy kierowcy nienawidzą jeździć nocą poza obszarem zabudowanym. I czasami nie ma się im co dziwić. Trzeba być o wiele bardziej skoncentrowanym. Musimy być przygotowani, że nagle na poboczu pojawi się pieszy czy rowerzysta bez obowiązkowych elementów odblaskowych. W nocy trudniej znaleźć otwarty bar czy zajazd. Możemy liczyć jedynie na sieciowe restauracje fast food i stacje benzynowe. Nocą jest też mniej bezpiecznie. Odradzam zatrzymywania się na pustych i ciemnych leśnych parkingach. Lepiej wybrać dobrze oświetlone stacje paliw i duże parkingi, na których zatrzymują się kierowcy ciężarówek. Tylko, że tych w nocy będzie mniej na parkingach, a więcej w trasie. Wynika to z faktu, że w weekendy w ciągu dnia są ograniczenia w ruchu pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 12 ton. I tak nie mogą one jeździć w wakacyjne piątki od godziny 18.00 do 22.00, w soboty od 8.00 do 14.00 i niedziele od 8.00 do 22.00. Zatem wielu kierowców ciężarówek ruszy z parkingów dopiero po godzinie 22. W związku z tym na niektórych trasach, przykładowo na drodze krajowej numer 8, możemy spodziewać się tirów.

Czy lepiej podróżować w upalny dzień, czy w chłodniejszą noc? Czekam na Państwa opinie.

 

Absurdy w strefie płatnego parkowania w nadmorskich kurortach

 

Studio_20150731_161457

W nadmorskich kurortach w województwie pomorskim niekiedy trudno zapakować. W niektórych miejscach powstały zatem strefy płatnego parkowania. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby kierowca mógł łatwo zapłacić. To czasami bywa wręcz niemożliwe.

Parkomaty są ustawione między innymi na Helu, w Jastarni, Jastrzębiej Górze i Karwi. Przyjeżdżamy do centrum tych miejscowości, albo w okolice plaży. Parkujemy i chcemy zapłacić w parkomacie. I tu pojawiają się problemy. Parkowanie przez pół godziny kosztuje 1 złoty, godzina to koszt 3 złotych, zaś 2 godziny to wydatek 6 złotych. Zadam Państwu pytanie. Mamy przy sobie 7 złotych, w monetach 2 zł i 5 zł. Ile czasu możemy parkować? Odpowiedź na to pytanie zapewne wielu zdziwi. Mianowicie – zero minut. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Na początku wrzucamy 2 złote. Parkomat reszty nie wydaje, ale liczymy, że może wzorem systemu w Warszawie przeliczy nam odpowiednio czas parkowania. Powinniśmy móc parkować przez okres między pół godziny a jedną godziną. Co się okazuje? Na wyświetlaczu pojawia się komunikat – minimum 3 złote.

Studio_20150731_161620

Czyli samo 2 złote w portfelu w tym wypadku nic nam nie da. A 5 złotych? Podobnie. Tym konkretnie zestawem monet nie zapłacimy. Nawet wrzucając dwie od razu, gdyż wtedy wyjdzie 7 złotych, a trzy pełne godziny parkowania kosztują 9 złotych. Monety muszą być w odpowiedniej „konfiguracji”, czyli musimy mieć monety dające w sumie 1, 3, 6 albo 9 zł. Podobnie, jeśli byśmy mieli dwie monety po 2 złote. Możemy kupić sobie za to małego loda, za parkowanie jednak nie zapłacimy.

Co nam zatem pozostaje? Pójść i rozmienić monety. Może w tym czasie nikt nam kary nie wlepi. Niektórzy mogą liczyć na odrobinę szczęścia, że parkingowy podczas ich nieobecności nie sprawdzi, czy opłata jest uiszczona. Z tym ostatnim rozwiązaniem radziłbym jednak uważać. Kontroler może pojawić się szybciej, niż się spodziewamy.

Drobna blondynka za kierownicą „olbrzymów”

Archiwum, Iwona Blecharczyk

Archiwum, Iwona Blecharczyk

Są bardzo ciężkie, długie, wysokie i szerokie. Mowa o ponadgabarytach. „Zwykłe” ciężarówki to przy nich maleństwa – to tak jakby porównać malucha z terenówką. Za kierownicą tych „olbrzymów” często można spotkać drobną blondynkę. Niektórzy przecierają oczy ze zdumienia mijając prowadzone przez nią „kolosy”.

Wywiad z Iwoną Blecharczyk, polską Trucking Girl.

Jest zawodowym kierowcą ciężarówek. Od niedawna, jako jedna z nielicznych kobiet, prowadzi ponadgabaryty. Jest też ambasadorką kampanii Truckers Life. Jej profil na Facebooku polubiło już ponad 114 tys. użytkowników.

ALVIN GAJADHUR: Od ilu lat jeździsz ciężarówkami?

IWONA BLECHARCZYK: W listopadzie tego roku miną cztery pełne lata.

A.G.: Dlaczego wybrałaś ten, jakby nie patrzeć, męski zawód?

I.B.: Od zawsze podobały mi się ciężarówki i to co wiąże się z pracą kierowcy. Nie ma dla mnie znaczenia czy to męska, czy damska „rzecz”. Kobiety coraz częściej wykonują tzw. męskie zawody.

A.G.: Jak reagują inni kierowcy widząc kobietę za kierownicą wielkiego tira?

I.B.: Ile ludzi, tyle reakcji. Jednym podoba się, że kobiety coraz częściej siadają za kierownicę ciężarówek. Są też jednak i tacy, którzy to wyśmiewają, a jeszcze inni są obojętni.

A.G.: Czy możesz liczyć na ich pomoc w ekstremalnych sytuacjach?

I.B.: To zależy od sytuacji. Na ogół, gdy sytuacja jest już ekstremalna, to nie ważne jest czy za kółkiem siedzi kobieta, czy mężczyzna… Jednak jeśli potrzebowałabym pomocy, to na pewno mogłabym liczyć na pomoc innych kierowców.

A.G.: Jak się jeździ na „ponadgabarytach”? Czy lepiej niż na „zwykłych” ciężarówkach?

I.B.: Pojazdy nienormatywne to spore wyzwanie dla mnie. Pod każdym względem jeździ się zdecydowanie trudniej, niż ”normalnymi” ciężarówkami, ale nauka nowych rzeczy to jest to, co uwielbiam. Bardzo lubię siedzieć za kółkiem ogromnego pojazdu.

A.G.: Jaki największy i najcięższy ładunek wiozłaś?

I.B.: Najszerszy ładunek miał 6 metrów, najdłuższy mierzył 49 metrów. Najwięcej mój zestaw ważył około 60 ton, z czego sam ładunek aż 33 tony. Mam zamiar pobić ten rekord – w tym tygodniu ładunek będzie miał 55 metrów długości, zaś za dwa tygodnie będzie o 5 metrów dłuższy.

A.G.: Czy często jesteś zatrzymywana do kontroli? Czy dostałaś jakiś mandat od Policji albo Inspekcji Transportu Drogowego?

I.B.: Póki co, nie miałam przyjemności być zatrzymana do kontroli przez polskie służby. Bardzo często natomiast mam do czynienia z niemiecką Policją, gdy startujemy z dużymi ładunkami. Mandatów jednak na szczęście dotychczas nie było.

A.G.: Czy byłaś już kiedyś na zlocie Master Truck? Jakie są Twoje wrażenia?

I.B.: Tak, byłam już kilka razy. To miejsce, gdzie można zobaczyć przepiękne maszyny, a wieczorem nieźle się pobawić. Już z niecierpliwością czekam na kolejny zlot w przyszłym roku.

A.G.: Promujesz zdrowy styl życia. Do tego służą m.in. specjalne siłownie dla kierowców ciężarówek.

I.B.: Utrzymanie zdrowia w dobrym stanie, to dla kierowcy wielkie wyzwanie, a biorąc pod uwagę, że będziemy pracować do 67 roku życia, to musimy już teraz o siebie dbać. To właśnie dlatego wspieram fundację Truckers Life promującą aktywny wypoczynek wśród zawodowych kierowców na specjalnych siłowniach, które powstają na parkingach dla ciężarówek. Oby powstało ich jak najwięcej.

A.G.: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę samych bezpiecznych tras.

Na drogach budzą strach i podziw

484026_469596769736873_441258849_n

Już za tydzień, od 17 do 19 lipca, na lotnisku w Polskiej Nowej Wsi koło Opola odbędzie się 11 Międzynarodowy Zlot Master Truck. Przyjedzie ponad 400 przepięknych pojazdów, głównie tuningowanych ciężarówek. Na drogach często nielubiane przez kierowców, na zlocie budzą podziw zwiedzających. Koszt „upiększenia” takiej ciężarówki sięga nawet 100 tysięcy euro!

399542_469597146403502_345892932_n

Kilkadziesiąt tysięcy osób odwiedzających zlot, kilkaset ciężarówek z kilkunastu krajów. Master Truck jest drugim, po holenderskim, największym tego typu zlotem organizowanym w Europie. Odbywa się zawsze w lipcu i każdorazowo organizatorzy mają szczęście do upalnej pogody.

10502229_853813561315190_7991973206840846216_n

Na zlot dojadą tuningowane ciężarówki m.in. z Chorwacji, Finlandii, Holandii, Niemiec, Słowacji i Włoch. Tradycyjnie najwięcej będzie pojazdów z Polski. Rzadko spotykamy je na drogach, gdyż jest ich stosunkowo mało. Każdą ciężarówkę będzie można dokładnie obejrzeć, czasem nawet wsiąść do środka. Właściciele i kierowcy codziennie polerują swoje „cacka”, które warte są niekiedy fortunę. Koszt samych „dodatków” sięga czasem 100 tysięcy euro.

Wyposażenie tych dużych aut robi wrażenie. Skórzane tapicerki, nierzadko ozdabiane kryształami, plazmy w kabinach, ekstra nagłośnienie i setki dodatkowych światełek to niektóre dodatki. Praktycznie każdy odwiedzający zlot chce mieć pamiątkowe zdjęcia przy tych niesamowitych pojazdach.

Pojazdy, które będą prezentowane na zlocie, na co dzień jeżdżą w firmach transportowych. Przewożą różnego rodzaju ładunki, m.in. towary niebezpieczne, beton, ładunki sypkie i towary na paletach. Nie zdziwmy się zatem, jak kiedyś spotkamy taki pojazd na drodze.

Impreza odbywa się pod patronatem Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Towarzyszy jej wiele konkursów (m.in. z zakresu brd, toczenie opon, przeciąganie liny), są pokazy strażackie oraz akrobacje motocyklowe. Można posłuchać koncertów, przygrywa muzyka country. Kto z Państwa wybierze się na Master Trucka, zapewne nie będzie tego żałował.

Skonfiskować samochody drogowym recydywistom?

W ubiegłym tygodniu media donosiły o kierowcy eleganckiego samochodu, który mknął ścieżką rowerową wzdłuż ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Rowerzysta, który zwrócił uwagę kierowcy, usłyszał od niego stek wyzwisk. Jak podał portal Onet, pirat ma orzeczony zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych do października 2016 roku, gdyż wcześniej prowadził w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego. Może powinno się skonfiskować samochody kierowcom, którzy mimo sądowego zakazu, ponownie siadają za kierownicę i znów w rażący sposób łamią przepisy?

Przypadek kierowcy jadącego ścieżką rowerową w Warszawie nie jest odosobniony. Na przestrzeni ostatnich miesięcy media wielokrotnie informowały o zatrzymywaniu kierowców, którzy mieli orzeczony sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Przeważnie za jazdę w stanie nietrzeźwości. Później i tak wsiadali za kółko i czuli się pełnoprawnymi kierowcami. Co kieruje takimi ludźmi? Jechali raz na tzw. podwójnym gazie i zostali zatrzymani podczas rutynowej kontroli. Sąd zatrzymał im prawo jazdy, ale niektórzy z nich jednak nic sobie z tego nie robią.

Dlaczego za kierownicę siadają osoby, które mają zatrzymane prawo jazdy, gdyż wcześniej poważnie złamały przepisy? Czy aż tak czują się bezkarne? Czy myślą, że wszystko im wolno? Może uważają, że nie wpadną? Niektórzy kierowcy pewnie tak, dlatego jeżdżą wolno, bocznymi drogami. Inni zaś przeciwnie – dalej w rażący sposób łamią przepisy. Tylko dlaczego jedni i drudzy aż tak ryzykują? Narażają się na przecież na odpowiedzialność karną.

Co można powiedzieć o panu, który jechał autem po ścieżce rowerowej? Był pewny siebie, bezczelny, nikogo się nie bał, uważał się chyba za króla szos. On miałby stać w korku??? Jadąc takim autem? Sam więc się prosił, żeby inni zareagowali. Dobrze, że ta sytuacja została nagrana przez rowerzystę, który miał prawo czuć się bezpiecznie na drodze dla rowerów, ale przy takich kierowcach bezpiecznym czuć się nie mógł. Obejrzałem mnóstwo podobnych filmów z piratami w roli głównej. Niektórzy z nich chyba nic nie rozumieją – nie chcą, albo nie potrafią.

Jak można temu zaradzić? To co napiszę, jest moim prywatnym zdaniem. Może należałoby rozważyć zmianę przepisów, aby tacy drogowi recydywiści tracili swoje auta, gdy mają orzeczony przez sąd zakaz prowadzenia pojazdu za jazdę na tzw. podwójnym gazie, a mimo to ponownie w rażący sposób złamią przepisy ruchu drogowego? Mogli przecież za pierwszym razem kogoś zabić, na szczęście zostali w porę zatrzymani i ukarani. Zatrzymano im prawo jazdy, jednak to nie stanowi dla nich żadnego problemu. Jeżdżą sobie dalej, jak gdyby nigdy nic.

Jak można ich zdyscyplinować, żeby przez ich brawurową jazdę nikt nie zginął na drodze. Niektórzy, o zgrozo, dalej jeżdżą na tzw. podwójnym gazie. Gdy dojdzie do tragedii, wtedy zapewne przyjdzie im spędzić kilka lat za kratkami. Może coś sobie wtedy nawet by przemyśleli. Jednak trzeba znaleźć sposób, żeby do takich tragedii nie dochodziło. Gdyby takie osoby traciły auto, byłoby im dużo trudniej spowodować wypadek w przyszłości.

Takie samochody mogłyby być zlicytowane, zaś pieniądze z licytacji przekazane na przykład na specjalnie utworzony w tym celu fundusz pomocy ofiarom wypadków drogowych.

Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że kierowca nie musi być jednocześnie właścicielem pojazdu. I co wtedy? Uważam, że jeśli ktoś daje kluczyki do auta osobie, która ma zatrzymane prawo jazdy przez sąd, to chyba jest świadomy tego faktu. Przy samochodach firmowych, pracownicy mogliby podpisywać stosowne oświadczenia – jeśli utracą uprawnienia, to muszą poinformować o tym pracodawcę i przestają automatycznie korzystać z auta służbowego.

Oczywiście, prawnicy musieliby zbadać wcześniej czy takie przepisy byłyby zgodne z konstytucją.

W maju ubiegłego roku portal Onet doniósł, że w Danii policja konfiskuje samochody pijanych kierowców i wystawia je na licytację: 
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-policja-konfiskuje-samochody-pijanych-kierowcow-i-wystawia-je-na-licytacje/6m22n

Wyjeżdżasz na wakacje? Przeczytaj!

Wiele osób wyruszyło, bądź w najbliższych dniach wyruszy na długo wyczekiwane wakacje. Część z nich wyjeżdża samochodami. W „newralgiczne” dni zapewne nie obędzie się bez korków na trasach wiodących do popularnych miejscowości wypoczynkowych. Są jednak też i udogodnienia dla kierowców aut osobowych. W weekendy z dróg znikną ciężarówki.

Oczywiście nie przez cały weekend i nie wszystkie ciężarówki pozostaną na parkingach, ale i tak kierowcy osobówek powinni odczuć to na drogach. Od dobrych kilku lat, zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Transportu, w wakacyjne piątki, soboty i niedziele obowiązują okresowe ograniczenia w ruchu pojazdów lub zespołów pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 12 ton. Zakazy nie dotyczą oczywiście autobusów.

Mniej ciężarówek spotkamy na drogach w każdy wakacyjny piątek w godzinach 18.00-22.00, w soboty od 8.00 do 14.00 oraz niedziele od godziny 8.00 do 22.00. Te udogodnienia potrwają do końca sierpnia. Są jednak pewne odstępstwa – mogą jeździć m.in. ciężarówki przewożące artykuły spożywcze, żywe zwierzęta, przesyłki pocztowe, lekarstwa, czy towary niebezpieczne. Benzyna i olej napędowy na pewno na stacje benzynowe zostaną dowiezione i nie utkniemy w szczerym polu z powodu „wyschniętego” baku.

Inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego sprawdzają, czy kierowcy przestrzegają zakazu. Jeśli trafią się tacy, którzy go zignorują, muszą liczyć się z mandatem od 200 do 500 złotych i przymusowym postojem do końca obowiązywania zakazu. Zdarza się to szczególnie kierowcom z zagranicy, przejeżdżającym tranzytem przez Polskę.

Kierowcy osobówek będą mieli zatem nieco łatwiej. Choć pewnie bez korków i tak się nie obędzie, szczególnie na początku i pod koniec wakacji. Niektórzy zostawiają sobie wyjazdy i powroty na noc. Muszą jednak pamiętać, że wtedy niestety nie będzie luźniej. Drogi w weekendowe noce mogą być zatłoczone, gdyż w tym czasie właśnie kierowcy tych dużych pojazdów będą mogli jeździć.

Jazda „bez trzymanki” kierowców tirów ze Wschodu

Pirat w ciężarówce

W ubiegłym tygodniu media obiegła mrożąca krew w żyłach informacja. Kierowca łotewskiego tira jechał zygzakiem, zmuszając jadących z przeciwka do ucieczki na pobocze. Gdy został zatrzymany przez innych kierowców, kompletnie pijany wypadł z kabiny. Miał blisko 3 promile alkoholu we krwi.

Jak jeżdżą kierowcy tirów zza wschodniej granicy? O tym krążą już legendy. Pisząc ten tekst, głęboko wierzę, że na pewno są też w tej grupie kierowcy przestrzegający przepisów i jeżdżący bezpiecznie. Jednak własne obserwacje, jak też relacje służb kontrolnych i niejednokrotnie samych rodzimych kierowców, skłaniają do wniosków, że są oni jednak niestety w zdecydowanej mniejszości. Można tego niejednokrotnie doświadczyć jadąc autem po podlaskich drogach. Każdy, kto dużo jeździ po kraju zapewne widział popisy „nieśmiertelnych” kierowców z Litwy, Łotwy, Białorusi, Rosji czy Ukrainy.

Tylko dlaczego tak się zachowują? Po pierwsze traktują Polskę, jak kraj tranzytowy, przez który chcą jak najszybciej przejechać w drodze do lub z innych państw Unii Europejskiej. Mandat za złamanie przepisów ruchu drogowego, wynoszący przy zbiegu wykroczeń maksymalnie 1000 złotych, mają wkalkulowany w koszty. Niejednokrotnie inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego rejestrowali na przykład kierowców z Litwy, wyprzedzających na podwójnej ciągłej, przez powierzchnię wyłączoną z ruchu, czy omijających wysepki z drugiej strony. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa nagrania piratów na Podlasiu, wykonane przez inspektorów ITD, poruszających się nieoznakowanym radiowozem wyposażonym w wideorejestrator. W pierwszym przypadku kierowca litewskiej lawety przekroczył dopuszczalną prędkość o ponad 50 km/h, wyprzedzał „na trzeciego” – przez linię ciągłą – kolumnę prawidłowo jadących pojazdów. Przejechał, będąc na lewym pasie, przez trzy skrzyżowania. Na zakręcie zmusił jadący prawidłowo z przeciwnego kierunku samochód, do ucieczki na pobocze. Kolejny kierowca z Litwy wyprzedził dwa samochody, w tym nieoznakowany pojazd ITD. Manewr ten wykonał na podwójnej linii ciągłej, wyprzedzając ominął – znajdujące się po prawej stronie – powierzchnię wyłączoną z ruchu i wysepkę.

Jeśli kierowcy łamią w rażący sposób przepisy, inspektor ITD lub policjant może skierować sprawę do sądu. Wtedy taki pirat może zapłacić nawet 5 tysięcy złotych. To już może „boleć”.

Zbyt brawurowa jazda to nie jedyne „grzechy” tych kierowców. Często inspektorzy transportu drogowego zatrzymują pijanych za kółkiem. Zdarzali się tacy, którzy mieli ponad 2 promile. Jednak bywają jeszcze inne bardzo poważne naruszenia popełniane przez kierowców tirów zza wschodniej granicy. Mowa o znacznym przekraczaniu czasu pracy i fałszowaniu zapisów z tachografów. Przykładem godnym napiętnowania może być kierowca białoruskiego tira, który przewoził materiały niebezpieczne. Ów kierowca siedział za kierownicą bez przerwy przez 15 godzin. Wyjechał z Niemiec i pierwszym jego miejscem postoju był parking w… Białymstoku, na którym został zatrzymany do kontroli przez inspektorów. Gdyby nie kontrola, pewnie jechałby dalej.

Inspektorzy znajdują w tirach różnego rodzaju magnesy i wyłączniki fałszujące zapisy tachografów. Wygląda to tak, że pojazd jest w ruchu, a tachograf rejestruje odpoczynek kierowcy. Ponad tydzień temu taki magnes, przyczepiony do nadajnika tachografu, znaleźli inspektorzy z Podlaskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego, podczas kontroli litewskiego tira w miejscowości Suchowola. Kierowca wracał na Litwę z Włoch.

Nagminna jest też jazda na cudzej karcie kierowcy. Jeżeli w pojeździe zamontowany jest tachograf cyfrowy, każdy z kierowców musi używać swojej imiennej karty, na której rejestruje się czas jazdy i wszystkie odpoczynki. Na to jednak też znaleźli sposób nieuczciwi. Jeśli przekroczą swój czas pracy, to do tachografu wkładają kartę innego kierowcy. Taki przypadek wykryli też całkiem niedawno inspektorzy z Podlasia. Kierowca z Białorusi posługiwał się cudzą kartą. Mandat za takie naruszenie wynosi 2 tys. złotych. W tym wypadku doszły jeszcze inne naruszenia przepisów i kierowca musiał zapłacić aż 4400 złotych mandatu. Dodatkowo kara została nałożona na przedsiębiocę. Ten musiał na poczet kary wpłacić kaucję w wysokosci 6200 zł. Maksymalna tego typu kara może wynieść podczas jednej kontroli drogowej nawet 10 tysięcy złotych. Kierowcy z zagranicy muszą mandaty i kary uiścić na miejscu kontroli, w przeciwnym razie pojazd trafia na parking strzeżony.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że inspektorzy ITD są znakomitymi specjalistami w kontroli czasu pracy i w wykrywania wszelkich fałszerstw i manipulacji w tym zakresie.

Należy pamiętać o jednym, że przemęczony kierowca na drodze stwarza podobne zagrożenie, jak pijany. Chwilowe przyśnięcie kierowcy za kierownicą kilkudziesięciotonowej ciężarówki może doprowadzić do tragedii na drodze.

A co Państwo sądzicie na ten temat? Może chcecie podać jakieś przykłady? Z zainteresowaniem czekam na Państwa opinie.

Niebezpieczne przejazdy kolejowe. Może dojść do tragedii!

przejazd kolejowy/ fot. UTK

Tylko w czerwcu Urząd Transportu Kolejowego poinformował o nieprawidłowościach zagrażających bezpieczeństwu ruchu na przejazdach zlokalizowanych aż na sześciu liniach kolejowych. Prezes UTK nakazał zarządcy infrastruktury natychmiastowe usunięcie nieprawidłowości. Kara za każdy dzień zwłoki może wynieść nawet 5 tysięcy euro.

Od początku roku Urząd Transportu Kolejowego, który kontroluje stan bezpieczeństwa ruchu kolejowego, przeprowadził już ponad 80 kontroli na kilkuset przejazdach kolejowych w Polsce. Na jednej linii kolejowej kontrolowano nawet po kilka przejazdów. Jak podaje UTK, zdecydowana większość kontroli zakończyła się wykryciem nieprawidłowości. Niektóre z nich były naprawdę poważne. Zdarzały się przypadki ograniczonej widoczności i zastosowania niewłaściwej kategorii przejazdu, co wiązało się z niewłaściwymi zabezpieczeniami w stosunku do potencjalnego zagrożenia, związanego z występującym na przejeździe natężeniem ruchu.

11 czerwca UTK poinformował o zagrożeniu bezpieczeństwa na dwóch przejazdach kolejowo-drogowych. Jednocześnie zobowiązał zarządcę infrastruktury – PKP PLK – do natychmiastowego wprowadzenia ograniczeń eksploatacyjnych na przejazdach zlokalizowanych w ciągach linii kolejowych Katowice – Zwardoń i Racibórz –Głubczyce. Co niepokojącego wykryli na tych przejazdach inspektorzy UTK? Przede wszystkim m.in. zbyt słabe zabezpieczenia przejazdu w stosunku do istniejącego zagrożenia, uszkodzenia płyt wewnętrznych w torze, spękania nawierzchni asfaltowej z licznymi ubytkami w międzytorzu, uszkodzenia nawierzchni drogi, braki i nieczytelności w oznakowaniu przejazdu kolejowego, czy brak wygrodzeń na dojeździe do przejazdu kolejowego.

Wcześniej na przejeździe kolejowym w Poznaniu przy ulicy Starołęckiej inspektorzy UTK wykryli jeszcze poważniejsze nieprawidłowości mające wpływ na bezpieczeństwo ruchu. Były to m.in.:

- nieusunięcie przez zarządcę od 2012 roku usterek diagnostycznych urządzeń sterowania ruchem kolejowym;

- zbyt krótkie drągi rogatkowe, niezamykające całej szerokości jezdni, co umożliwiało swobodne wejście na przejazd kolejowy przy zamkniętych rogatkach;

- uszkodzone osłony sygnalizatorów drogowych na przejeździe kolejowym;

- niezabezpieczone przewody elektryczne;

- ułożony na chodniku kabel zasilający sygnalizator drogowy;

- niewykonywanie oględzin urządzeń oświetlenia zewnętrznego.

Był to przejazd kolejowy najwyższej kategorii (A) z rogatkami. Strach pomyśleć w jakim stanie są inne.

W ostatnim okresie poważne nieprawidłowości zostały wykryte też m.in. na przejeździe na linii kolejowej Katowice – Zwardoń, Toruń Wschodni – Malbork i w miejscowości Dobre Miasto. We wszystkich wyżej opisanych przypadkach Prezes UTK nakazał natychmiastowe usunięcie stwierdzonych nieprawidłowości.

W czasie długiego weekendu czerwcowego doszło do tragicznego wypadku na przejeździe kolejowym w województwie kujawsko-pomorskim. Pod pociąg wjechała kobieta, która podobno od dawna walczyła o poprawę widoczności na tym przejeździe. W wypadku zginęła dwójka jej dzieci, zaś ona i mąż zostali ciężko ranni.

Oby kontroli w takich miejscach było jak najwięcej. Krzysztof Dyl, Prezes Urzędu Transportu Kolejowego podkreśla, że priorytetem dla niego jest bezpieczeństwo na przejazdach kolejowo-drogowych. Dzięki takim kontrolom kierowcy nie będą narażani na niebezpieczeństwo.

Często jednak to sami kierowcy są sprawcami wypadków w tych miejscach. Tym bardziej, że niektórzy kierowcy nie zachowują podstawowych zasad bezpieczeństwa dojeżdżając do przejazdu kolejowego. Wydaje im się zapewne, że są nieśmiertelni. Zdarzają się przypadki omijania zamkniętych półrogatek, przejeżdżania pod zamykającym się szlabanem, czy przejeżdżania na pełnym gazie przez przejazd, mimo umieszczonego znaku STOP.

Należy pamiętać, że w tych miejscach będzie bezpiecznie, jeśli zarówno zarządcy przejazdów, jak i sami kierowcy zadbają o to bezpieczeństwo.

Niedziela najtragiczniejszym dniem w tym roku

Zakończył się długi czerwcowy weekend. W niedzielę wiele osób wracało do domów i w wypadkach drogowych zginęło aż 16 osób. W tym roku nie było aż tak tragicznego dnia na drogach.

Jak podaje Komenda Główna Policji, od środy do niedzieli doszło do 444 wypadków, w których zginęło 46 osób, a 533 zostały ranne. Funkcjonariusze zatrzymali 1619 nietrzeźwych kierujących. W czasie ubiegłorocznego analogicznego weekendu doszło do nieco większej liczby wypadków (465), w których zginęła taka sama liczba osób. Rok temu policjanci zatrzymali też o 182 więcej nietrzeźwych.

Dlaczego te statystyki są takie tragiczne? Policja podaje, że znów najczęstszą przyczyną zdarzeń drogowych były nadmierna prędkość połączona z brawurą, nieprawidłowe wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu i alkohol. W dalszym ciągu są niestety kierowcy, którzy za nic mają przepisy ruchu drogowego. Pędzą na złamanie karku, traktują drogę, jak swoją własność.

Jeszcze nigdy w tym roku nie zginęło na drogach jednego dnia aż 16 osób. Przeważnie w ciągu jednego dnia dochodzi do kilku śmiertelnych wypadków. Dlaczego ta niedziela była tak tragiczna? Czy aż tak niektórym śpieszyło się do domu?

Droga to nie tor wyścigowy. Oprócz piratów jeżdżą po niej normalni kierowcy, którzy chcą bezpiecznie dojechać do domów. Nierzadko podróżują z całymi rodzinami. I często niestety, przez bezmyślność innych, są ofiarami wypadków. Czy będzie kiedyś weekend, w czasie którego nikt nie zginie na drogach? Tak, jak w krajach skandynawskich? Oby, ale z obecną kulturą jazdy naszych kierowców, daleka do tego droga.

Czerwona fala dla kierowców

Płynny przejazd przez miasto to marzenie wielu kierowców. Może jednak okazać się niespełnione, szczególnie, gdy po drodze będzie „las” czerwonych świateł. Niektórym kierowcom puszczają wtedy nerwy. Trudno nawet im się dziwić, skoro czasem stoi się na wszystkich skrzyżowaniach.

Słyszymy o zielonej fali i zintegrowanych systemach zarządzania ruchem. Może niektórzy spotykają podczas codziennych podróży tego typu nowinki, ale na większości skrzyżowań tych udogodnień niestety nie ma. Często są za to tzw. czerwone fale.

Jeśli jedziemy w korku to nawet jakoś przecierpimy stanie na „wiecznym” czerwonym. „I tak zaraz pewnie gdzieś utknę, nie ma zatem zbyt dużego znaczenia, czy zatrzymałem się przed sygnalizatorem” – myślimy sobie.

Ciśnienie podnosi się nam jednak bardzo, gdy nie ma akurat korków a my co chwila stoimy. Dlaczego? Z prostej przyczyny – znów kolejne czerwone. Czasami mamy odczucie, że chyba „ktoś” nam robi na złość.

Posłużę się przykładem z Warszawy, mianowicie jedną z bardziej znanych ulic – Puławską. Może tylko ja mam pecha, ale praktycznie zawsze, gdy nią jadę, zatrzymuję się na większości świateł. Nie dzieje się to bynajmniej w godzinach szczytu i w korkach. Stojąc już na owym czerwonym, często widzę na kolejnym skrzyżowaniu światło zielone. Myślicie Państwo, że ktoś na nim przejeżdża? Może jedynie jakieś pojedyncze samochody, które zdążyły wyjechać z bocznych uliczek lub z miejsc parkingowych przy ulicy. Zdecydowana większość kierowców stoi przecież na poprzednim skrzyżowaniu i czeka, aż zapali się zielone. Jak już sobie ruszą po zmianie świateł, to przed dojazdem do tegoż kolejnego skrzyżowania zapala się…czerwone.

Kiedyś usłyszałem, jak zdesperowani kierowcy „robią” sobie zieloną falę. Jest ona wtedy, gdy się wciśnie „gaz do dechy”. Oczywiście jest to metoda niedopuszczalna i nikomu jej stosować nie wolno. Piraci drogowi często mają za nic przepisy i tym swoim rajdem stwarzają ogromne zagrożenie przede wszystkim dla pieszych, ale również dla innych użytkowników dróg. A przypomnę, że w większości przypadków jest to obszar zabudowany!

Może osoby odpowiedzialne za ustawianie cykli zmiany świateł przeprowadziłyby jakiś „audyt” na niektórych skrzyżowaniach?  Dlaczego kierowcy jadący przepisową „50″ muszą mieć „pod górkę”, a zieloną falę mają gnający na złamanie karku piraci drogowi? A już najbardziej denerwuje mnie czerwona fala w nocy. Na drodze pusto, ewentualnie jakieś taksówki oraz pojedyncze auta i za każdym razem „czerwone”.

Przez takie „udogodnienia” tracimy nie tylko nerwy, ale również cenny czas i pieniądze. Przecież przez to ciągłe zatrzymywanie się samochód też więcej pali. Ile byśmy oszczędzili w skali roku? Pewnie sporo czasu i gotówki.

Czy tak musi być? W ilu miejscach Warszawy obserwujecie Państwo takie utrudnienia? A jak jest w innych dużych i tych mniejszych miastach? Czekam na Wasze opinie.