O mnie

Jestem absolwentem Politechniki Warszawskiej. W latach 2002 – 2016 pełniłem funkcję rzecznika prasowego Inspekcji Transportu Drogowego. Byłem również doradcą ds. public relations Prezesa Urzędu Transportu Kolejowego. Od wielu lat prowadzę wykłady na wyższych uczelniach z zakresu transportu drogowego, marketingu i public relations. Współprowadziłem również dwa cykliczne programy o bezpieczeństwie na drogach: „Bez trzymanki” i „Szkoła Przetrwania”. Od 6 stycznia 2016 roku pełnię obowiązki Głównego Inspektora Transportu Drogowego.

4 Komentarze

  1. Witam!
    Pozwoliłem sobie na skomentowanie Twojego artykułu:
    Jak „kulturalni” omijają korki w Warszawie?

    Mój komentarz poniżej:
    Regularnie po Warszawie jeżdżę już od ok 2lat, główny problem jazdy w korkach tkwi w dynamice jazdy „Warszawskich” kierowców. Ewentualnie idąc dalej, szkołach nauki jazdy.
    ‚Warszawskich’, gdyż głównie to osoby spoza Warszawy i okolicznych miejscowości generują te korki. A robią to powolnym ruszaniem. Sam często wcinam się z pasa do skrętu, gdyż zawsze na psie wprost trafi się kierowca/pani kierowca, który ruszając ma przed sobą kilku/kilkunastometrową lukę. Jeśli nie mam możliwości włączyć się do pasa na wprost dynamicznie, nie blokując tym kierowcom ruchu, to najzwyczajniej jadę dalej pasem do skrętu. Gdyby nad sygnalizacją świetlną zamontowano zegary, odliczające czas do zmiany światła, przypuszczam, że każdy kierowca byłby przygotowany do ruszenia po zmianie sygnalizacji. A tak, jeden patrzy w telefon, drugi się zdrzemnął, a trzecia się zagadała z koleżanką. I zamiast 30 aut, na jednej sekwencji świateł przejeżdża ich tylko 6.

    Drodzy kierowcy!
    Nauczcie się ruszać dynamicznie, tak jak to jest na zachodzie Europy, a zaoszczędzimy sobie niepotrzebnego stresu i stania w korkach. Rozumiem to, że niektórzy mają silniki na gaz , bądź zwracają uwagę na chwilowe spalanie, ale taka jazda wbrew pozorom bardziej szkodzi silnikowi, bądź jest mniej ekonomiczna.

    Życzę wszystkim szerokości i bez korkowych powrotów po pracy!
    Mario!

    Jeśli moja sugestia da jakiś pozytywny oddźwięk tej sprawie to będzie mi bardzo miło.
    Wydaje mi się, że gdyby UM Warszawa zadbał o takie udogodnienia jak zegary nad sygnalizacją, bądź na powierzchniach reklamowych zasugerował kierowcom dynamiczne ruszanie spod świateł, nie było by tylu korków.
    Nawet gdyby Państwo wykorzystując siłę portalu Onet.pl mogli poedukować kierowców, to już miało by duży wpływ na jazdę po tym mieście.

    Serdecznie pozdrawiam,
    Mario!

  2. Nonto juz jestes niesamowitym zawodowcem 2lata po miescie jezdzisz. Niecierpie tskich wciszkaczy na drodze. Mazy mi sie taka kultura jazdy jak w niektorych innych krsjach wbrew pozorom nawet w hiszpanii. Kazdy jedzie w swoim miejscu w szeregu, nie wpycha sie, grzecznie czeka na swoja kolej do skretu, na wprost mozna zachowac bezpieczna odleglosc bo nikt sie nie wcisnie miedzy mnie a poprzedzajace auto itd itd. A w pl wszyscy umieja doskonale kierowac jezdza blisko siebie tylko pozniej sie dziwia sie ze ktos ostro zachamowal a on nie zdazyl i po co chamowal pewnie tam i tam i tak nic nie bylo. A czy jak ktos wciska sie przed ciebie to puszczasz, czy juz nie ?

  3. Z uwagi na zwiększenie się liczby wypadków drogowych z udziałem rowerzystów, chciałbym poruszyć temat niedawnejj nowelizacji ustawy o ruchu drogowym, nadającej rowerzystom prawa równorzędnych użytkowników naszych – pożal się Boże – dróg.
    Przepis ten stoi w sprzeczności nie tylko z elementarną logiką, ale i z innymi obowiązującymi przepisami prawa o ruchu drogowym, czego skutkiem jest to, że prawo jest niespójne, nielogiczne i narusza zasadę równego traktowania obywateli.
    Zanim przejdę do tego ostatniego, to wyjaśnijmy sobie sprawę podstawową. Ulice i drogi buduje się dla ruchu samochodowego, czyli (tak to w nowomowie urzędniczej nazwijmy) poważnych urządzeń transportowych, których masa, oraz osiągana prędkość – a co za tym idzie, potencjalne niebezpieczeństwo związane z poruszaniem się takimi środkami transportu – wymagają posiadania odpowiednich uprawnień, oraz spełnienia szeregu innych warunków określających dopuszczenie pojazdu i kierowcy do poruszania się po drodze.
    Tymczasem rower jest zabawką – zabawką napędzaną siłą ludzkich mięśni, zabawką której masy i prędkości nie da się racjonalnie porównać z poruszającymi się po drogach maszynami, dla których owe drogi i ulice były pierwotnie budowane.
    Współczesna propaganda pseudoekologii faworyzuje rowery kosztem samochodów, gwałcąc przy tym logikę prawa i zasady zdrowego rozsądku, które powinny obowiązywać w dziedzinie ruchu drogowego. Jeżeli usprawiedliwienie dla tegoż gwałtu na logice prawa, odbywa się tylko pod pretekstem tego, że jazda rowerem jest zdrowsza dla użytkownika i bardziej ekologiczna od jazdy samochodem, to dlaczego ustawodawca zatrzymał się na początku tej drogi, nadając status równoprawnych uczestników dróg tylko rowerzystom? Czy poruszanie się, dajmy na to, hulajnogą lub na wrotkach, nie jest równie ekologiczne i zdrowe jak jazda rowerem? A co z bieganiem? Może damy prawo biegania ulicami każdemu, kto będzie miał ochotę „podżogingować”? Czyż to nie ekologicznie i nie zdrowo?
    Kiedy byłem dzieckiem uczono mnie, że ulica to jest coś niebezpiecznego. Jeszcze do dziś pamiętam, jak rodzice ostrzegali mnie, że ulica to nie jest miejsce do zabawy i mimo 4 dych na karku, nadal pamiętam lanie jakie dostałem, kiedy mimo okrzyku matki – „stój”, wbiegłem na jezdnię za toczącą się piłką. Jestem pewien, że nie są to jedynie moje doświadczenia i każdy z nas nie raz zawdzięcza życie temu, że pamiętał podobne ostrzeżenia rodziców.
    Tymczasem dziś, wskutek głupoty naszych Dyzmów w sejmie, ulice stają się miejscami, na których dominującą rolę zaczynają odgrywać pojazdy quasi zabawkowe. Dzieje się to w ramach o wiele szerszego programu budowania tzw. „przyjaznego” świata”. Wszystko ma być „przyjazne” – od państwa, przez domowe bambosze, aż po drogi. Przyjazne, czyli absolutnie niegroźne. I tak np. „przyjazny nóż”, to nóż tak tępy, żeby nie można się było nim skaleczyć nawet piłując ostrzem po palcu. Nie szkodzi, że nic nim się nie da ukroić i będzie bezużyteczny. Będzie przyjazny. I tak samo ma być z drogami – mają być tak przyjazne, że najlepiej byłoby, gdyby nikomu pod żadnym pozorem nie mogła stać się krzywda – nawet temu, kto swoją bezmyślnością sam prosi się o kłopoty. Ideałem naszych ustawodawców, byłyby samochody budowane z gąbki i poruszające się z prędkością 2 km/h, po drogach wyściełanych aksamitem, aby nawet raczkujące po ulicy niemowlę było „bezpieczne”. I jak widać w tym kierunku zmierzają, nie zwracając uwagi na logiczną niespójność prawa.
    I tu dochodzimy do aspektu prawnego i kompletnego pogwałcenia zasad zdrowego rozsądku i logiki, a także równości obywateli względem tegoż prawa.
    Większość zmotoryzowanych użytkowników dróg, musi posiadać uprawnienia do poruszania się po nich – od motocykli, po 30-tonowe TIR-y. Oprócz potwierdzania zdolności obsługiwania (prowadzenia) danego pojazdu, muszą posiadać dokument potwierdzający znajomość reguł ruchu drogowego, oraz kilka innych zaświadczeń dotyczących spełnienia innych wymogów prawnych, takich jak ubezpieczenie lub dokument kontroli technicznej pojazdu. Dzięki temu – niezależnie od znanej każdemu kierowcy reguły ograniczonego zaufania – możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć zachowanie innych uczestników ruchu, będące konsekwencją potwierdzonej znajomości przepisów. Tak w każdym razie byłoby, gdyby wszyscy użytkownicy dróg musieli potwierdzić swoje kompetencje, zdaniem odpowiedniego egzaminu.
    Poruszanie się pojazdami silnikowymi (z wyjątkiem motorowerów do 50cm3) bez posiadania dokumentu potwierdzającego nabyte uprawnienia jest przestępstwem, zagrożonym określonymi w kodeksie sankcjami, ze względu na to, że osoba prowadząca pojazd silnikowy, nie posiadająca potwierdzonych kwalifikacji, stwarza zagrożenie dla innych użytkowników dróg. Jak na tym tle wygląda prawo każdego wsiadającego na rower do poruszania się po drogach publicznych, na takich samych prawach i zasadach jak inni uczestnicy ruchu, którzy takie potwierdzone kwalifikacje posiadać muszą? Czy z racji tego, że poruszają się po drogach pojazdami zabawkowymi, można ich zwolnić z obowiązku potwierdzenia znajomości przepisów ruchu?
    W rozdziale pierwszym „Prawa o ruchu drogowym”, Art.4 głosi: „Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania”. Skąd u twórcy tego absurdalnego zdania takie przekonanie, że uczestnicy ruchu MAJĄ PRAWO liczyć na przestrzeganie przepisów przez innych użytkowników dróg, jeżeli jednocześnie tworzą kategorię użytkowników wyjętych spod obowiązku zdania egzaminu z przepisów ruchu? Skąd u ustawodawcy taka pewność, jeżeli dopuszcza do jazdy po drogach pojazdy zabawkowe kierowane przez nieletnich, którzy nie posiadają jeszcze zdolności do najprostszych nawet czynności cywilno-prawnych, a zatem bez prawnego opiekuna nie mogą nawet kupić sobie na raty, np. telefonu za 200zł. A przecież odpowiedzialność uczestnika ruchu drogowego (w tym również prawna) – nawet takiego na rowerze – jest znacznie większa, niż ta wynikająca z konieczności spłacania przez rok 20 zł miesięcznie, za telefon. Skąd więc zmotoryzowany uczestnik ruchu ma wiedzieć, czy znajdujący się w zasięgu jego wzroku rowerzysta będzie przestrzegał przepisów np. o pierwszeństwie? Albo dowie się tego w momencie, kiedy będzie zmuszony użyć hamulców w ostatnich chwili (z lepszym lub gorszym skutkiem), albo będzie musiał z góry zakładać, że każdy rowerzysta może zajechać mu drogę w sposób nieprzepisowy, co przy wynikającej z działalności ustawodawcy, zwiększonej liczbie rowerzystów na drogach – i to w dodatku wyposażonych w status „świętych krów” – będzie musiało prowadzić do coraz to większego znerwicowania kierowców, którzy i tak już muszą połowę swojej koncentracji kierować na unikanie grożących uszkodzeniem auta dziur. Czy taki stan rzeczy może poprawić bezpieczeństwo na drogach?
    To dopiero początek tych rozważań, gdyż zakres obowiązków, które muszą dopełnić zmotoryzowani użytkownicy dróg, jest znacznie większy, a za ich niedopełnienie grożą bardzo surowe kary. Weźmy obowiązek posiadania ubezpieczenia OC. Pomijając kwestię odpowiedzialności karnej w przypadku prowadzącego do wypadku naruszenia przepisów ruchu drogowego, ubezpieczenie to pozwala pokryć straty finansowe poszkodowanego w wypadku drogowym. I teraz znów pytanie – w jaki sposób wyegzekwować odszkodowanie od cyklisty będącego sprawcą wypadku drogowego? Ktoś może oponować – a jakie szkody może samochodowi wyrządzić rower? A może. I to spore.
    Na początek weźmy przykład rowerzysty, który przeciskając się w korku między stojącymi lub poruszającymi się powoli samochodami, zahaczy nas powiedzmy kierownicą lub pedałem. Taki kontakt z karoserią zakończy się rysą lub wgnieceniem, którego naprawa może kosztować kilkaset złotych. Jak wyegzekwować to od rowerzysty? Jak go w ogóle zidentyfikować, jeżeli nie zatrzyma się i odjedzie? Przecież rowery nie mają tablic rejestracyjnych – obowiązek każdego innego zmotoryzowanego użytkownika dróg. A przecież skala zniszczeń wywołanych przez rowerzystę może być znacznie większa.
    Weźmy sobie sytuację, kiedy rowerzysta łamiący przepisy ruchu, zmusza do gwałtownego manewru jakiś samochód, którego kierowca jechał prawidłowo i w wyniku tegoż gwałtownego manewru, ów kierowca doprowadza do kolizji z innym pojazdem. Gdyby czegoś takiego dopuścił się użytkownik zmotoryzowany, to oczywiste zakwalifikowanie jego winy za całe zdarzenie, skutkowałoby pokryciem szkód finansowych z jego ubezpieczenia. I znów pytanie? W jaki sposób pociągnąć do odpowiedzialności finansowej rowerzystę?
    Pomijając fakt, czy uda się go w ogóle zidentyfikować, jeżeli się oddali. W drodze procesu z powództwa cywilnego? Powodzenia – prostsze sprawy ciągną się latami i nawet kiedy już zapadnie wyrok, zmuszenie winnego do uregulowania należności zajmuje komornikom długie miesiące, a poszkodowanemu kierowcy pieniądze na naprawę samochodu potrzebne są natychmiast. To gwarantuje ubezpieczenie OC, będącego formą dość wysokiego podatku, który musi zapłacić każdy użytkownik drogi, w trosce o zapewnienie płynności finansowej i szybkiej likwidacji szkody – każdy, oprócz rowerzystów, a przecież ich zdolność do spowodowania wypadku (poprzez złamanie zasad ruchu drogowego) jest taka sama, jak kierowców samochodów. O ile nie większa, z uwagi na brak potwierdzenia znajomości przepisów ruchu.
    I dochodzimy do sprawy następnej – badanie techniczne pojazdu. Musi je posiadać każdy właściciel samochodu, inaczej popełnia wykroczenie. Kierujący samochodem, jeżeli nie posiada aktualnego przeglądu, biorąc udział w wypadku drogowym (nie ze swojej winy – powiedzmy, że to inny samochód wymusił pierwszeństwo lub złamał przepisy w inny sposób) uznawany jest za współwinnego kolizji i to jego ubezpieczenie jest obciążone kosztami likwidacji szkód. Ktoś może powiedzieć, że rower, jako pojazd quasi zabawkowy, jest maszynerią znacznie mniej skomplikowaną od samochodu, więc wymaganie potwierdzenia sprawności technicznej jest grubą przesadą. Czy aby na pewno? Przecież rower składa się z ramy – która może być zardzewiała i złamać się w czasie jazdy, siodełko może mieć nieprawidłowe mocowanie, może zerwać się podobnie zardzewiały łańcuch, hamulce mogą być niesprawne, może mieć łyse gumy, itp. itd. W dodatku żaden rower nie posiada obowiązującej kierowcę samochodu sygnalizacji STOP i kierunkowskazów – nie mówiąc o najprostszych nocnych światłach sygnalizacyjnych, które (działające), spotykane są może u 25% wszystkich rowerzystów. A przecież kierowców samochodów obowiązują jeszcze światła do jazdy dziennej, których nie włączenie karane jest mandatem i punktami karnymi.
    Wprowadzono przymus całodobowej jazdy na światłach, pod pretekstem zwiększenia bezpieczeństwa, z uzasadnieniem, że samochód jadący bez włączonych świateł nawet w słoneczny dzień, może być mało widoczny. To jeżeli samochód, który jest kilka razy większy od roweru, jest mało widoczny, to jak widoczny musi być rowerzysta? A przecież on poruszając się po drogach na takich samych zasadach jak inni, nie musi jechać z działającymi i włączonymi światłami.
    W jaki sposób rowerzysta ma sygnalizować jadącemu za nim kierowcy zamiar zatrzymania się lub zredukowania prędkości? Przecież sygnalizacja takiego manewru jest niezbędnym elementem systemu zapewnienia bezpieczeństwa ruchu.
    A sygnalizacja skrętu lub manewru? Kierowca samochodu, za zmianę pasa lub skręt bez wcześniejszej sygnalizacji kierunkowskazem, może zostać ukarany mandatem i punktami karnymi. Tymczasem, w jaki sposób ma sygnalizować swoje manewry na drodze rowerzysta? Machając rękami? A czy zdjęcie ręki z kierownicy – w celu zasygnalizowania skrętu – nie zmniejsza aby jego panowania nad pojazdem? Jeżeli kierującemu samochodem zabrania się, np. trzymania w ręku telefonu / butelki z napojem w czasie jazdy, gdyż według ustawodawcy ogranicza to jego zdolność do kontrolowania pojazdu, to jak ocenić podobne zachowanie rowerzysty, który musi dokonywać skrętu jedną ręką (drugą wyciągać poziomo w charakterze kierunkowskazu). Albo, by zachować pełną kontrolę nad rowerem w czasie skrętu, w ogóle nie sygnalizować manewru. Czyż nie jest to kolejny przykład bęcwalstwa naszych debii piszących prawo?
    Mógłbym te głupoty wyliczać jeszcze na kilku stronach, ale oszczędzę tego czytelnikom. Niech za najlepszy przykład posłuży widok, jaki widuję niemal regularnie, jadąc ulicą Łodygową w Warszawie. Wąska (tylko jeden pas w każdym kierunku) wylotówka z miasta, pełna nie tylko samochodów osobowych, ale i ciężarówek wszelkiego rodzaju, ledwo mieszczących się na tym jedynym pasie. I taką oto ulicą pedałuje sobie 10 km/h lub mniej rodzinka jakiegoś miłośnika „ekologii” – 4 rowery, a raczej 2 rowery i 2 rowerki z kilkuletnimi dziećmi, które nie wiadomo, czy potrafią już dobrze chodzić, bo widać, że ich rowerki kołyszą się na wszystkie strony i dzieciom utrzymanie równowagi sprawia jeszcze spory kłopot. Pan i pani uwielbiający ekologię wybrali się na rodzinną przejażdżkę. I teraz wyobraźmy sobie ponad kilometrowy korek za takim „ekologiem”, na którego w świetle obecnych przepisów nie można zatrąbić, bo on ma prawo jechać sobie rowerem po ulicy, podobnie jak jego dzieci, które kołysząc się na swoich za dużych rowerkach, tańczą od jednej linii do drugiej. Ale wolno im to robić, bo banda kretynów w sejmie, chcących przypodobać się wyznawcom pseudoekologicznych guseł i przekształcić drogi w „bezstresowe” place zabaw, tak sobie właśnie postanowiła.
    Albo inna scena – podobny typ drogi i znów jakiś „zielony” na rowerku blokujący cały pas. Obok oczywiście utwardzone pobocze, absolutnie pusty chodnik (jaki pieszy chodzi tak długimi ulicami wzdłuż lasu) i mało tego – przy tym chodniku ścieżka rowerowa. Zniecierpliwiony kierowca, wlokący się 20 km/h za takim zawalidrogą (nie mógł wyprzedzić, gdyż był spory ruch z naprzeciwka i do tego linia ciągła) zaczął trąbić na tego hrabiego na rowerku i kilkaset metrów dalej został zatrzymany przez nieoznakowany radiowóz. Za nieuzasadnione używanie sygnału dźwiękowego. Pajac na rowerku pojechał sobie spokojnie dalej – nikt nawet nie pouczył go, że powinien poruszać się ścieżką rowerową obok ulicy – nie wspominając o ukaraniu jakimś mandatem za tamowanie ruchu.
    No i sprawa czysto finansowa – drogi budowane i utrzymywane są (cha, cha,cha…) głównie za pieniądze kierowców. Z podatku drogowego i akcyzowego zawartego w paliwie. Czy płacący coraz wyższe ceny za benzynę posiadacze samochodów, terroryzowani jeszcze coraz większą liczbą jednonogich bandytów (fotoradary), wymuszających haracze za złamanie absurdalnych w większości ograniczeń prędkości, muszą jeszcze być dodatkowo dyskryminowani ponoszeniem konsekwencji wprowadzenia na drogi blokujących ruch „świętych krów” na pojazdach zabawkowych?
    Zwracam się zatem do Naczelnego Bezmózga Legislacyjnego Kraju – tych wszystkich złodziei, przygłupów i debili z sejmu, który przygotowali i przegłosowali ten głupi i szkodliwy bubel, by wyjaśnili mi, w jaki sposób chcą pogodzić te sprzeczności, z zasadą równości z zasadą równego traktowania przez kodeks drogowy i prawo pokrewne, wszystkich użytkowników dróg?

    P.S.
    Jako kierowca, widuję przynajmniej dwa razy dziennie rowerzystów, którzy jadąc ulicą – zamiast chodnikiem – zasługują już nawet nie tyle na mandat, co na zwyczajne obicie mordy. Wyjeżdżają jak gdyby nic z podporządkowanej – przedwczoraj (tekst pisany był w kwietniu) zrobił mi tak jakiś hrabia na rowerku, na ulicy św. Wincentego. Nie tyle mi, ile kierowcy jadącemu z naprzeciwka. Była 17.30 – powoli zmierzchało. Rower nie miał oczywiście żadnych świateł, a cyklista żadnej kamizelki odblaskowej. Wyjechał mu z podporządkowanej i wymusił pierwszeństwo skręcając w prawo. Tamten kierowca oczywiście po hamulcach i zjechał na krawężnik. Idiota na rowerku skręcał machając ręką (co w jego pojęciu oznacza sygnalizację manewru), więc trzymał kierownicę niezbyt pewnie. W chwili kiedy kierowca, który został zmuszony do gwałtownego hamowania odruchowo użył klaksonu, to pajac na rowerku przestraszył się i wywrócił, a siła odśrodkowa zniosła go na przeciwny pas, czyli prosto pod koła mojego samochodu. Na szczęście byłem skoncentrowany w 100% i jechałem niezbyt szybko (jakieś 60 km/h – wiem, zaraz ktoś powie, że to i tak 10 powyżej dopuszczalnej w mieście – ciekawe, kto z taką jeździ, łącznie z radiowozami nie jadącymi na sygnale), więc wcisnąłem pedał hamulca do końca (nie wiem, jakim cudem nie wystrzeliły poduszki) i zatrzymałem się dosłownie pół metra od tego idioty i jego roweru. Gdyby całe zdarzenie odbyło się 1-2 sekundy później, najprawdopodobniej zabiłbym go na miejscu – pierwszą częścią ciała, którą zmiażdżyłoby moje auto, byłaby jego głowa – pewna śmierć.
    A jak skończyłoby się to dla mnie, gdybym go jednak przejechał? Pomijając bezsenne noce i wyrzuty sumienia, ile czekałoby mnie przesłuchań, ciągania po sądach i udowadniania, że nie jestem wielbłądem?
    Już wcześniej zacząłem prowadzić rejestr podobnych przygód z owymi jednośladowymi hrabiami – z powodu podobnie dramatycznych przygód -i przede wszystkim – kosztów, na które mnie takie spotkania naraziły.
    Jakieś dwa lata temu zrobiła mi podobnie pancia z synalkiem może 7-mio letnim. Akcja miała miejsce w Ząbkach. Pancia pedałuje sobie 5km/h środkiem jezdni i kilka metrów za nią, środkiem ulicy jedzie rowerkiem dziecko, które pewnie jeszcze nie umie dobrze chodzić. Obok ulicy oczywiście pusty chodnik, a nawet ścieżka rowerowa, ale pancia musi pokazać, że ona też jest ważna i nie będą jej tu chamusie w samochodach rozkazywać. Wyjeżdżają bez zatrzymania (nawet bez rozejrzenia się na boki) z podporządkowanej na główną i zmuszają mnie do gwałtownego hamowania i zjechania w ostatniej chwili na krawężnik. Uderzenie przy prędkości 40km/h w krawężnik, tylko po to, by nie zabić takiej idiotki i jej potomstwa – wygięta felga, wybity sworzeń wahacza i końcówka drążka – tyle ustaliłem gołym okiem. Później, mechanik po wstawieniu samochodu na podnośnik, wycenił koszt naprawy na 800 zł.
    Usiłowałem zatrzymać pancię, ale oczywiście nie miałem szans – musiałem usunąć samochód ze skrzyżowania, żeby nie tamować ruchu. Kiedy chwilę po tym wydarzeniu puściłem panci wiąchę przez okno i kazałem się zatrzymać, oraz poczekać na mnie, to popatrzyła na mnie z pogardą i odjechała. Nawet wiem, co sobie pomyślała, wyczytałem to z jej oczu – kolejny chamuś w samochodzie, pirat drogowy i głupek, który nie wie, że teraz rowerzystom wolno po ulicy. Bo wiadomo, że między Bugiem i Odrom a Nysom, to najważniejsze my som – hrabiowie na rowerkach. Nie płacący żadnych podatków z tytułu korzystania z jezdni, nie zobowiązani do posiadania poświadczonej znajomości przepisów, bezkarni w przypadku spowodowania kolizji i wyrządzenia szkód kierowcom. Ale my som ekologiczne, więc nam wolno, a chamusie w samochodach powodują tylko globalne ocieplenie i przez swoje piractwo zabijają niewinnych ludzi.
    Mam zatem pytanie do wszystkich DEBILI z Sejmu, którzy przegłosowali ten kretynizm z wpuszczeniem rowerzystów na ulice – jak mam teraz wyegzekwować koszta naprawy auta od tej panci? Jak mam ją odnaleźć i zidentyfikować, kiedy rowery nie mają numerów rejestracyjnych?
    Może po prostu następnym razem, zamiast niszczyć sobie samochód i narażać się na koszty, powinienem po prostu zabić takiego hrabiego na rowerku – pewnie też czekałyby mnie wydatki u blacharza, ale wówczas – mając dane sprawcy – mógłby przynajmniej wyprocesować pokrycie kosztów naprawy.
    P.S.
    Jakby tego było mało, dosłownie kilka dni później – tylko zdążyłem odebrać auto z naprawy – jadąc z kolegą, zobaczyliśmy jadącego jezdnią na deskorolce nastolatka. Wyjeżdżamy z łuku zasłoniętego gęstymi krzewami i nagle kilkanaście metrów przed maską pojawia się gówniarz na deskorolce – normalnie na ulicy!. Wyhamowałem w ostatniej chwili. Kolega, który znał moją wcześniejszą przygodę – a i sam miał już podobne – nie wytrzymał, wyskoczył z auta, dał szczeniakowi po pysku i kopniakami wygonił go na chodnik. Usłyszał na odchodne coś o piratach drogowych i chamstwie – bo przecież on też ma prawo po ulicy, tak jak na rowerze…
    Kiedy ta banda debili z sejmu zezwoli jeszcze na robienie grilli na ulicach? Proponuję jeszcze pozwolenie dla wrotkarzy, jeżdżących na hulajnogach, biegaczy, gimnastyków artystycznych – niektóre fragmenty jezdni doskonale nadają się też do gry w golfa – nawet piłką lekarską. Wchodzi cała. Zimą nie można zapomnieć o łyżwiarzach figurowych, narciarzach i amatorach sanek.
    Boże, co za banda debili nami rządzi. Teraz ten kolejny arcydebil Wojciechowski, z tą idiotką Bublewicz planują kolejne kretynizmy…

  4. Robercie. Prawda zapewne leży pośrodku. Moja przyjaciółka została potrącona przez rowerzystę jadącego po chodniku z dużą prędkością. Przeszła poważną operację ortopedyczną i do dziś lekko pociąga nogą. Przechodnie ujęli młodego człowieka i zeznawali na rozprawie a sąd ukarał grzywną. Rozprawa z powództwa cywilnego ciągnęła się ponad dwa lata a odszkodowanie było symboliczne. Z powyższego wynika, że rację masz i nie masz.
    Jestem dojrzałym mężczyzną i za moich młodych lat do kierowania rowerem i motorowerem konieczne było posiadanie tzw. karty rowerowej. Jeżeli ktoś nie miał, a został zatrzymany przez milicję, płacił wysoki mandat. Dlaczego dziś jest inaczej – nie rozumiem.
    Nie rozumiem dlaczego prawo dopuszcza by rowerzysta kierował pojazdem bez obowiązkowego ubezpieczenia tzw. OC.
    Kolejnym poruszanym przez Ciebie problemem jest jazda rowerem po ulicy. Jak napisałem na wstępie, tam gdzie znajdują się piesi, rower stanowi na chodniku zagrożenie. Przepisy, z wyjątkiem przypadków szczególnych, nie dopuszczają by rowerzysta jechał chodnikiem. I dobrze, ale rowerzysta rowerzyście nie równy i, jak określasz, „pańcie” i inni kretyni powodują zagrożenie a policja nie reaguje. Nie reaguje bo obywatel jadący rowerem nie musi posiadać dokumentów a w „państwie bezprawia” nie można zamknąć delikwenta na 48 godzin by ustalić tożsamość i ukarać mandatem. Po cp policji kłopot? Myślę, że rowerzysta jadący prawidłowo, dobrze oznakowany i oświetlony, pomimo że stanowi pewien problem trudny do ominięcia, nie stanowi zagrożenia a tylko spowalnia ruch.
    Mnie denerwują rowerzyści którzy, pomimo istnienia ścieżki rowerowej, jadą jezdnią. Raz wyprzedziłem takiego i akurat jechał radiowóz a policja nie zareagowała. Dopiero na moje wyraźne życzenia zatrzymali takiego. Nie wiem co było dalej a stwierdziłem wyraźną niechęć policji do takiej interwencji. Pieniądze żadne a pracy tyle samo!
    Nie ma dobrego rozwiązania dopóki nie zbuduje się większej ilości ścieżek rowerowych i nie rozwiąże problemu prowadzenia ich obok przejść dla pieszych na skrzyżowaniach. Tu brak mi przepisu określającego zmniejszenie prędkości do prędkości pieszego. Taz potrąciłem lekko gościa, który przy moim prawoskręcie wjechał na skrzyżowanie bardzo, bardzo szybko. Pomimo, że miał pierszeństwo to stanowi zagrożeni – głównie dla siebie – przez brak wyobraźni. A prawo o ruchu drogowym nie wymaga od żadnej ze stron umiejętności myślenia, nie mówiąc o stopniu wykształcenia. Kiedyś kierowca musiał mieć conajmniej podstawowe wykształcenie a dzisiaj pisze w oswiadczeniu, że posiada umiejętność pisani i czytania. nic w tym oświadczeniu nie ma, że musi umieć czytać ze zrozumieniem. niestety.
    Przykre, ale prawdziwe. Dlatego Muzułmanie nie chcą demokracji bo nie chcą by Nimi rządziła hołota.
    W.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.