20 godzin za kierownicą ciężarówki

3

W nocy z niedzieli na poniedziałek inspektorzy ITD z Dolnego Śląska przeprowadzili kontrole ciężarówek na terenie powiatu bolesławieckiego. Działania ukierunkowane były na wykrycie manipulacji związanych z czasem pracy kierowców. Na osiem kontroli, aż w 6 przypadkach odnotowano poważne naruszenia. Kierowcy byli przemęczeni, jeździli na „magnesach” oraz cudzych kartach.

Nie trzeba chyba nikogo zbytnio uświadamiać, jakie zagrożenie na drodze stwarza przemęczony kierowca jadący ciężarówką. A tych niestety często zatrzymuje Inspekcja Transportu Drogowego. Tak też było podczas nocnych działań na terenie województwa dolnośląskiego.

Najpierw zatrzymano ciężarówkę, którą prowadziła załoga dwuosobowa. Zamiast dwóch kart, na których osobno powinien rejestrować się czas pracy każdego z kierowców, w tachografie znajdowała się tylko jedna karta. W dodatku należała do właściciela firmy. Kierowcy w ten sposób próbowali ukryć rzeczywisty czas swojej pracy. Własne karty zamierzali włożyć do tachografu dopiero za jakiś czas. W ten nielegalny sposób zyskaliby dodatkowe godziny jazdy.

Kolejny zatrzymany kierowca wykazał się również kompletnym brakiem odpowiedzialności. W tachografie umieścił kartę kolegi. Dokładna analiza jego rzeczywistego czasu pracy wykazała, iż w jednym przypadku prowadził pojazd przez 20 godzin i 23 minuty, odpoczywając w ciągu doby zaledwie 2 godziny i 24 minuty. Poprzednim razem kierował przez 18 godzin i 52 minuty, przy odpoczynku dobowym wynoszącym zaledwie 2 godziny i 14 minut. Nie były to jednak jego jedyne naruszenia. Okazało się, że nie posiada prawa jazdy, gdyż stracił je pod koniec ubiegłego miesiąca za jazdę pod wpływem alkoholu.

Podczas kolejnych czterech kontroli inspektorzy ITD wykryli w  pojazdach ciężarowych tzw. „magnesy”, które fałszowały czas pracy kierowców. W czasie, gdy ciężarówka była w ruchu, tachograf zamiast jazdy rejestrował „odpoczynek”. Co ciekawe, dwa z wyżej wymienionych pojazdów należały do tej samej firmy, a kierowcą jednego z nich był sam przedsiębiorca.

W trakcie czterech godzin działań kontrolnych inspektorzy ujawnili zatem aż sześć przypadków manipulacji w pracę tachografów rejestrujących czas jazdy, przerwy i odpoczynki kierowców. Inspektorzy wszczęli postępowania administracyjne wobec przewoźników oraz nałożyli mandaty karne na kierowców.

Kierowca może spędzić za kierownicą dziewięć godzin dziennie. Dwa razy w tygodniu czas prowadzenia może być wydłużony do dziesięciu godzin.

Zielona fala w Warszawie? Tak, dla piratów drogowych

Puławska

Puławska, Radzymińska, Modlińska. Co łączy te ulice? Na pewno jedno – jeżdżąc po nich zgodnie z przepisami, często trafiamy na czerwoną falę. Pokonanie w niedzielny wieczór trzech kilometrów Puławskiej, wiązało się z zatrzymaniem na dziesięciu czerwonych światłach. Tylko w nielicznych miejscach udało się przejechać na zielonym.

Bardzo dużo skarg kierowców dotyczy tzw. czerwonej fali na ulicy Puławskiej. Postanowiłem to sprawdzić.

Był niedzielny wieczór. Na ulicach mały ruch. Rejestrację przejazdu rozpocząłem od czerwonego światła przed skrzyżowaniem Puławskiej z Domaniewską, zaś skończyłem na czerwonym przed torowiskiem za skrzyżowaniem z ulicą Goworka. W międzyczasie musiałem zatrzymać się na skrzyżowaniach z: Idzikowskiego, Woronicza, Żywnego, Dolną, Dąbrowskiego, Madalińskiego, Rakowiecką i Goworka.

Dzień wcześniej podobny test przeprowadziłem na ulicy Radzymińskiej. Tam na odcinku około 5 kilometrów, czerwone światło zatrzymało samochody na 7 skrzyżowaniach. Na Puławskiej jest zatem dużo gorzej.

Podobne „udogodnienia” dla kierowców są na ulicy Modlińskiej. Jeden z internautów w komentarzu do poprzedniego artykułu ”Las” czerwonych świateł na warszawskich ulicach (
http://wiadomosci.onet.pl/warszawa/las-czerwonych-swiatel-na-warszawskich-ulicach/sc9q8r
) napisał: ,,Na Modlińskiej (ograniczenie do 60) jest jedna „pradawna metoda” na zieloną falę – jechać ponad 90. Światła działają dokładnie tak samo w dzień, jak o 3 w nocy. Jak okiem sięgnąć żadnego samochodu, a stoimy na każdym czerwonym. I tak przez 15 kilometrów. Chyba, że jedziemy za szybko, wtedy ta sama droga jest pokonana 2-3 RAZY szybciej przy mniejszym spalaniu, bez bezsensownych „postojów”. Słowem sytuacja zachęca kierowców do łamania prawa, bo to jedyne logiczne wyjście z tej sytuacji!”.

Trudno się z naszym czytelnikiem nie zgodzić, choć w żadnym wypadku nie polecam łamania przepisów. Tego robić nie wolno, dla bezpieczeństwa własnego i innych.

Dlaczego zatem tak jest?

Nie dzieje się to przecież w godzinach szczytu i w korkach. Często jest to środek nocy. Stojąc na czerwonym, niejednokrotnie możemy zaobserwować na kolejnym skrzyżowaniu światło zielone. Mało kto jednak na nim przejeżdża, tylko jakieś pojedyncze samochody, które wyjechały z bocznych uliczek. Zdecydowana większość kierowców stoi przecież na poprzednim skrzyżowaniu i czeka, aż zapali się zielone. Jak już sobie ruszą po zmianie świateł, to przed dojazdem do tegoż kolejnego skrzyżowania zapala się…czerwone.

Dlaczego kierowcy jadący przepisową „50″ muszą mieć „pod górkę”, a zieloną falę mają gnający na złamanie karku piraci drogowi? Kierowcy tracą nerwy, cenny czas i pieniądze. Przez to ciągłe zatrzymywanie się samochód przecież więcej pali.

Co na ten temat sądzą internauci?

Od października większe korki w Warszawie?

Rokrocznie od października po Warszawie jeździ się zdecydowanie trudniej. Więcej samochodów, krótszy dzień, gorsza pogoda i coraz większe korki. Czy jest na to jakieś antidotum?

Zbliża się ciężki okres dla zmotoryzowanych w stolicy. Jesień zawsze jest niełatwym czasem dla kierowców. Szybciej zapada zmrok, jezdnie są mokre i śliskie. Nie wszyscy kierowcy umieją się od razu przestawić na to, by jeździć wolniej i uważniej. To może prowadzić do częstszych stłuczek i wypadków.

No i oczywiście jest większy ruch. Część osób wróci właśnie z wrześniowego, niejednokrotnie zagranicznego, urlopu. Po drugie w październiku rozpoczyna się rok akademicki. Wyższych uczelni zaś w stolicy jest zatrzęsienie. Wielu studentów jest zmotoryzowanych, zatem kierowcy na pewno odczują dużą zmianę. Rzecz jasna na niekorzyść. Część studentów wybierze komunikację miejską, co będzie skutkowało większym tłokiem w metrze, autobusach i tramwajach. Inni z powodu tego tłoku „porzucą” zapewne publiczny transport zbiorowy na rzecz własnego samochodu. Nawet za cenę stania w korkach.

Coraz to gorsze warunki pogodowe przełożą się również na mniejszą liczbę rowerzystów dojeżdżających codziennie do pracy. Niektórzy z nich przesiądą się do komunikacji miejskiej, reszta do własnych samochodów.

Większy ruch przekłada się na mniejszą liczbę wolnych miejsc parkingowych w ścisłym centrum. Nawet w okresie letnim bardzo ciężko zaparkować w strefie płatnego parkowania. Od października będzie zapewne jeszcze gorzej.

Jak można zmniejszyć korki? Jedno z prostszych rozwiązań, to umawianie się ze znajomymi z pracy mieszkającymi w pobliżu i jazda w kilka osób jednym samochodem. Można przypuszczać, że jeśli byłaby to akcja zakrojona na szeroką skalę, przyniosłaby odczuwalną poprawę. Korki nieco zmniejszyłyby się i dodatkowo mielibyśmy czystsze powietrze. Kolejne rozwiązanie, chyba najbardziej pożądane, to większa kultura jazdy wśród kierowców.

I na koniec jeszcze jedna przestroga. Ciekawe kiedy spadnie pierwszy śnieg? Czasami nawet w październiku. Pół biedy, jeśli jest to weekend. Dużo gorzej, gdy jeden z roboczych dni tygodnia. Wtedy może dochodzić na drogach do „dantejskich scen”. Pamiętam pierwszy śnieg w Warszawie w 2010 roku. Przejazd z jednej dzielnicy do drugiej zajmował nawet 4-5 godzin. Jeśli śnieg zaskoczy nas przed wyjściem do pracy, przezornie zostawmy samochód w domu. Jeśli przed końcem pracy, lepiej do domu wrócić komunikacją miejską.

Miejmy nadzieję, że letnie remonty i modernizacje warszawskich ulic poprawią nieco sytuację. Pewnie też w jakimś stopniu pomoże otwarcie Mostu Grota-Roweckiego. Na pewno jednak kierowcy nie będą mieli lekko od października. Szczególnie w centrum stolicy i w otaczających go dzielnicach.