Absurdy w strefie płatnego parkowania w nadmorskich kurortach

 

Studio_20150731_161457

W nadmorskich kurortach w województwie pomorskim niekiedy trudno zapakować. W niektórych miejscach powstały zatem strefy płatnego parkowania. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby kierowca mógł łatwo zapłacić. To czasami bywa wręcz niemożliwe.

Parkomaty są ustawione między innymi na Helu, w Jastarni, Jastrzębiej Górze i Karwi. Przyjeżdżamy do centrum tych miejscowości, albo w okolice plaży. Parkujemy i chcemy zapłacić w parkomacie. I tu pojawiają się problemy. Parkowanie przez pół godziny kosztuje 1 złoty, godzina to koszt 3 złotych, zaś 2 godziny to wydatek 6 złotych. Zadam Państwu pytanie. Mamy przy sobie 7 złotych, w monetach 2 zł i 5 zł. Ile czasu możemy parkować? Odpowiedź na to pytanie zapewne wielu zdziwi. Mianowicie – zero minut. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Na początku wrzucamy 2 złote. Parkomat reszty nie wydaje, ale liczymy, że może wzorem systemu w Warszawie przeliczy nam odpowiednio czas parkowania. Powinniśmy móc parkować przez okres między pół godziny a jedną godziną. Co się okazuje? Na wyświetlaczu pojawia się komunikat – minimum 3 złote.

Studio_20150731_161620

Czyli samo 2 złote w portfelu w tym wypadku nic nam nie da. A 5 złotych? Podobnie. Tym konkretnie zestawem monet nie zapłacimy. Nawet wrzucając dwie od razu, gdyż wtedy wyjdzie 7 złotych, a trzy pełne godziny parkowania kosztują 9 złotych. Monety muszą być w odpowiedniej „konfiguracji”, czyli musimy mieć monety dające w sumie 1, 3, 6 albo 9 zł. Podobnie, jeśli byśmy mieli dwie monety po 2 złote. Możemy kupić sobie za to małego loda, za parkowanie jednak nie zapłacimy.

Co nam zatem pozostaje? Pójść i rozmienić monety. Może w tym czasie nikt nam kary nie wlepi. Niektórzy mogą liczyć na odrobinę szczęścia, że parkingowy podczas ich nieobecności nie sprawdzi, czy opłata jest uiszczona. Z tym ostatnim rozwiązaniem radziłbym jednak uważać. Kontroler może pojawić się szybciej, niż się spodziewamy.

Drobna blondynka za kierownicą „olbrzymów”

Archiwum, Iwona Blecharczyk

Archiwum, Iwona Blecharczyk

Są bardzo ciężkie, długie, wysokie i szerokie. Mowa o ponadgabarytach. „Zwykłe” ciężarówki to przy nich maleństwa – to tak jakby porównać malucha z terenówką. Za kierownicą tych „olbrzymów” często można spotkać drobną blondynkę. Niektórzy przecierają oczy ze zdumienia mijając prowadzone przez nią „kolosy”.

Wywiad z Iwoną Blecharczyk, polską Trucking Girl.

Jest zawodowym kierowcą ciężarówek. Od niedawna, jako jedna z nielicznych kobiet, prowadzi ponadgabaryty. Jest też ambasadorką kampanii Truckers Life. Jej profil na Facebooku polubiło już ponad 114 tys. użytkowników.

ALVIN GAJADHUR: Od ilu lat jeździsz ciężarówkami?

IWONA BLECHARCZYK: W listopadzie tego roku miną cztery pełne lata.

A.G.: Dlaczego wybrałaś ten, jakby nie patrzeć, męski zawód?

I.B.: Od zawsze podobały mi się ciężarówki i to co wiąże się z pracą kierowcy. Nie ma dla mnie znaczenia czy to męska, czy damska „rzecz”. Kobiety coraz częściej wykonują tzw. męskie zawody.

A.G.: Jak reagują inni kierowcy widząc kobietę za kierownicą wielkiego tira?

I.B.: Ile ludzi, tyle reakcji. Jednym podoba się, że kobiety coraz częściej siadają za kierownicę ciężarówek. Są też jednak i tacy, którzy to wyśmiewają, a jeszcze inni są obojętni.

A.G.: Czy możesz liczyć na ich pomoc w ekstremalnych sytuacjach?

I.B.: To zależy od sytuacji. Na ogół, gdy sytuacja jest już ekstremalna, to nie ważne jest czy za kółkiem siedzi kobieta, czy mężczyzna… Jednak jeśli potrzebowałabym pomocy, to na pewno mogłabym liczyć na pomoc innych kierowców.

A.G.: Jak się jeździ na „ponadgabarytach”? Czy lepiej niż na „zwykłych” ciężarówkach?

I.B.: Pojazdy nienormatywne to spore wyzwanie dla mnie. Pod każdym względem jeździ się zdecydowanie trudniej, niż ”normalnymi” ciężarówkami, ale nauka nowych rzeczy to jest to, co uwielbiam. Bardzo lubię siedzieć za kółkiem ogromnego pojazdu.

A.G.: Jaki największy i najcięższy ładunek wiozłaś?

I.B.: Najszerszy ładunek miał 6 metrów, najdłuższy mierzył 49 metrów. Najwięcej mój zestaw ważył około 60 ton, z czego sam ładunek aż 33 tony. Mam zamiar pobić ten rekord – w tym tygodniu ładunek będzie miał 55 metrów długości, zaś za dwa tygodnie będzie o 5 metrów dłuższy.

A.G.: Czy często jesteś zatrzymywana do kontroli? Czy dostałaś jakiś mandat od Policji albo Inspekcji Transportu Drogowego?

I.B.: Póki co, nie miałam przyjemności być zatrzymana do kontroli przez polskie służby. Bardzo często natomiast mam do czynienia z niemiecką Policją, gdy startujemy z dużymi ładunkami. Mandatów jednak na szczęście dotychczas nie było.

A.G.: Czy byłaś już kiedyś na zlocie Master Truck? Jakie są Twoje wrażenia?

I.B.: Tak, byłam już kilka razy. To miejsce, gdzie można zobaczyć przepiękne maszyny, a wieczorem nieźle się pobawić. Już z niecierpliwością czekam na kolejny zlot w przyszłym roku.

A.G.: Promujesz zdrowy styl życia. Do tego służą m.in. specjalne siłownie dla kierowców ciężarówek.

I.B.: Utrzymanie zdrowia w dobrym stanie, to dla kierowcy wielkie wyzwanie, a biorąc pod uwagę, że będziemy pracować do 67 roku życia, to musimy już teraz o siebie dbać. To właśnie dlatego wspieram fundację Truckers Life promującą aktywny wypoczynek wśród zawodowych kierowców na specjalnych siłowniach, które powstają na parkingach dla ciężarówek. Oby powstało ich jak najwięcej.

A.G.: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę samych bezpiecznych tras.

Na drogach budzą strach i podziw

484026_469596769736873_441258849_n

Już za tydzień, od 17 do 19 lipca, na lotnisku w Polskiej Nowej Wsi koło Opola odbędzie się 11 Międzynarodowy Zlot Master Truck. Przyjedzie ponad 400 przepięknych pojazdów, głównie tuningowanych ciężarówek. Na drogach często nielubiane przez kierowców, na zlocie budzą podziw zwiedzających. Koszt „upiększenia” takiej ciężarówki sięga nawet 100 tysięcy euro!

399542_469597146403502_345892932_n

Kilkadziesiąt tysięcy osób odwiedzających zlot, kilkaset ciężarówek z kilkunastu krajów. Master Truck jest drugim, po holenderskim, największym tego typu zlotem organizowanym w Europie. Odbywa się zawsze w lipcu i każdorazowo organizatorzy mają szczęście do upalnej pogody.

10502229_853813561315190_7991973206840846216_n

Na zlot dojadą tuningowane ciężarówki m.in. z Chorwacji, Finlandii, Holandii, Niemiec, Słowacji i Włoch. Tradycyjnie najwięcej będzie pojazdów z Polski. Rzadko spotykamy je na drogach, gdyż jest ich stosunkowo mało. Każdą ciężarówkę będzie można dokładnie obejrzeć, czasem nawet wsiąść do środka. Właściciele i kierowcy codziennie polerują swoje „cacka”, które warte są niekiedy fortunę. Koszt samych „dodatków” sięga czasem 100 tysięcy euro.

Wyposażenie tych dużych aut robi wrażenie. Skórzane tapicerki, nierzadko ozdabiane kryształami, plazmy w kabinach, ekstra nagłośnienie i setki dodatkowych światełek to niektóre dodatki. Praktycznie każdy odwiedzający zlot chce mieć pamiątkowe zdjęcia przy tych niesamowitych pojazdach.

Pojazdy, które będą prezentowane na zlocie, na co dzień jeżdżą w firmach transportowych. Przewożą różnego rodzaju ładunki, m.in. towary niebezpieczne, beton, ładunki sypkie i towary na paletach. Nie zdziwmy się zatem, jak kiedyś spotkamy taki pojazd na drodze.

Impreza odbywa się pod patronatem Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Towarzyszy jej wiele konkursów (m.in. z zakresu brd, toczenie opon, przeciąganie liny), są pokazy strażackie oraz akrobacje motocyklowe. Można posłuchać koncertów, przygrywa muzyka country. Kto z Państwa wybierze się na Master Trucka, zapewne nie będzie tego żałował.

Skonfiskować samochody drogowym recydywistom?

W ubiegłym tygodniu media donosiły o kierowcy eleganckiego samochodu, który mknął ścieżką rowerową wzdłuż ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Rowerzysta, który zwrócił uwagę kierowcy, usłyszał od niego stek wyzwisk. Jak podał portal Onet, pirat ma orzeczony zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych do października 2016 roku, gdyż wcześniej prowadził w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego. Może powinno się skonfiskować samochody kierowcom, którzy mimo sądowego zakazu, ponownie siadają za kierownicę i znów w rażący sposób łamią przepisy?

Przypadek kierowcy jadącego ścieżką rowerową w Warszawie nie jest odosobniony. Na przestrzeni ostatnich miesięcy media wielokrotnie informowały o zatrzymywaniu kierowców, którzy mieli orzeczony sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Przeważnie za jazdę w stanie nietrzeźwości. Później i tak wsiadali za kółko i czuli się pełnoprawnymi kierowcami. Co kieruje takimi ludźmi? Jechali raz na tzw. podwójnym gazie i zostali zatrzymani podczas rutynowej kontroli. Sąd zatrzymał im prawo jazdy, ale niektórzy z nich jednak nic sobie z tego nie robią.

Dlaczego za kierownicę siadają osoby, które mają zatrzymane prawo jazdy, gdyż wcześniej poważnie złamały przepisy? Czy aż tak czują się bezkarne? Czy myślą, że wszystko im wolno? Może uważają, że nie wpadną? Niektórzy kierowcy pewnie tak, dlatego jeżdżą wolno, bocznymi drogami. Inni zaś przeciwnie – dalej w rażący sposób łamią przepisy. Tylko dlaczego jedni i drudzy aż tak ryzykują? Narażają się na przecież na odpowiedzialność karną.

Co można powiedzieć o panu, który jechał autem po ścieżce rowerowej? Był pewny siebie, bezczelny, nikogo się nie bał, uważał się chyba za króla szos. On miałby stać w korku??? Jadąc takim autem? Sam więc się prosił, żeby inni zareagowali. Dobrze, że ta sytuacja została nagrana przez rowerzystę, który miał prawo czuć się bezpiecznie na drodze dla rowerów, ale przy takich kierowcach bezpiecznym czuć się nie mógł. Obejrzałem mnóstwo podobnych filmów z piratami w roli głównej. Niektórzy z nich chyba nic nie rozumieją – nie chcą, albo nie potrafią.

Jak można temu zaradzić? To co napiszę, jest moim prywatnym zdaniem. Może należałoby rozważyć zmianę przepisów, aby tacy drogowi recydywiści tracili swoje auta, gdy mają orzeczony przez sąd zakaz prowadzenia pojazdu za jazdę na tzw. podwójnym gazie, a mimo to ponownie w rażący sposób złamią przepisy ruchu drogowego? Mogli przecież za pierwszym razem kogoś zabić, na szczęście zostali w porę zatrzymani i ukarani. Zatrzymano im prawo jazdy, jednak to nie stanowi dla nich żadnego problemu. Jeżdżą sobie dalej, jak gdyby nigdy nic.

Jak można ich zdyscyplinować, żeby przez ich brawurową jazdę nikt nie zginął na drodze. Niektórzy, o zgrozo, dalej jeżdżą na tzw. podwójnym gazie. Gdy dojdzie do tragedii, wtedy zapewne przyjdzie im spędzić kilka lat za kratkami. Może coś sobie wtedy nawet by przemyśleli. Jednak trzeba znaleźć sposób, żeby do takich tragedii nie dochodziło. Gdyby takie osoby traciły auto, byłoby im dużo trudniej spowodować wypadek w przyszłości.

Takie samochody mogłyby być zlicytowane, zaś pieniądze z licytacji przekazane na przykład na specjalnie utworzony w tym celu fundusz pomocy ofiarom wypadków drogowych.

Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że kierowca nie musi być jednocześnie właścicielem pojazdu. I co wtedy? Uważam, że jeśli ktoś daje kluczyki do auta osobie, która ma zatrzymane prawo jazdy przez sąd, to chyba jest świadomy tego faktu. Przy samochodach firmowych, pracownicy mogliby podpisywać stosowne oświadczenia – jeśli utracą uprawnienia, to muszą poinformować o tym pracodawcę i przestają automatycznie korzystać z auta służbowego.

Oczywiście, prawnicy musieliby zbadać wcześniej czy takie przepisy byłyby zgodne z konstytucją.

W maju ubiegłego roku portal Onet doniósł, że w Danii policja konfiskuje samochody pijanych kierowców i wystawia je na licytację: 
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dania-policja-konfiskuje-samochody-pijanych-kierowcow-i-wystawia-je-na-licytacje/6m22n