Wyjeżdżasz na wakacje? Przeczytaj!

Wiele osób wyruszyło, bądź w najbliższych dniach wyruszy na długo wyczekiwane wakacje. Część z nich wyjeżdża samochodami. W „newralgiczne” dni zapewne nie obędzie się bez korków na trasach wiodących do popularnych miejscowości wypoczynkowych. Są jednak też i udogodnienia dla kierowców aut osobowych. W weekendy z dróg znikną ciężarówki.

Oczywiście nie przez cały weekend i nie wszystkie ciężarówki pozostaną na parkingach, ale i tak kierowcy osobówek powinni odczuć to na drogach. Od dobrych kilku lat, zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Transportu, w wakacyjne piątki, soboty i niedziele obowiązują okresowe ograniczenia w ruchu pojazdów lub zespołów pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 12 ton. Zakazy nie dotyczą oczywiście autobusów.

Mniej ciężarówek spotkamy na drogach w każdy wakacyjny piątek w godzinach 18.00-22.00, w soboty od 8.00 do 14.00 oraz niedziele od godziny 8.00 do 22.00. Te udogodnienia potrwają do końca sierpnia. Są jednak pewne odstępstwa – mogą jeździć m.in. ciężarówki przewożące artykuły spożywcze, żywe zwierzęta, przesyłki pocztowe, lekarstwa, czy towary niebezpieczne. Benzyna i olej napędowy na pewno na stacje benzynowe zostaną dowiezione i nie utkniemy w szczerym polu z powodu „wyschniętego” baku.

Inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego sprawdzają, czy kierowcy przestrzegają zakazu. Jeśli trafią się tacy, którzy go zignorują, muszą liczyć się z mandatem od 200 do 500 złotych i przymusowym postojem do końca obowiązywania zakazu. Zdarza się to szczególnie kierowcom z zagranicy, przejeżdżającym tranzytem przez Polskę.

Kierowcy osobówek będą mieli zatem nieco łatwiej. Choć pewnie bez korków i tak się nie obędzie, szczególnie na początku i pod koniec wakacji. Niektórzy zostawiają sobie wyjazdy i powroty na noc. Muszą jednak pamiętać, że wtedy niestety nie będzie luźniej. Drogi w weekendowe noce mogą być zatłoczone, gdyż w tym czasie właśnie kierowcy tych dużych pojazdów będą mogli jeździć.

Jazda „bez trzymanki” kierowców tirów ze Wschodu

Pirat w ciężarówce

W ubiegłym tygodniu media obiegła mrożąca krew w żyłach informacja. Kierowca łotewskiego tira jechał zygzakiem, zmuszając jadących z przeciwka do ucieczki na pobocze. Gdy został zatrzymany przez innych kierowców, kompletnie pijany wypadł z kabiny. Miał blisko 3 promile alkoholu we krwi.

Jak jeżdżą kierowcy tirów zza wschodniej granicy? O tym krążą już legendy. Pisząc ten tekst, głęboko wierzę, że na pewno są też w tej grupie kierowcy przestrzegający przepisów i jeżdżący bezpiecznie. Jednak własne obserwacje, jak też relacje służb kontrolnych i niejednokrotnie samych rodzimych kierowców, skłaniają do wniosków, że są oni jednak niestety w zdecydowanej mniejszości. Można tego niejednokrotnie doświadczyć jadąc autem po podlaskich drogach. Każdy, kto dużo jeździ po kraju zapewne widział popisy „nieśmiertelnych” kierowców z Litwy, Łotwy, Białorusi, Rosji czy Ukrainy.

Tylko dlaczego tak się zachowują? Po pierwsze traktują Polskę, jak kraj tranzytowy, przez który chcą jak najszybciej przejechać w drodze do lub z innych państw Unii Europejskiej. Mandat za złamanie przepisów ruchu drogowego, wynoszący przy zbiegu wykroczeń maksymalnie 1000 złotych, mają wkalkulowany w koszty. Niejednokrotnie inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego rejestrowali na przykład kierowców z Litwy, wyprzedzających na podwójnej ciągłej, przez powierzchnię wyłączoną z ruchu, czy omijających wysepki z drugiej strony. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa nagrania piratów na Podlasiu, wykonane przez inspektorów ITD, poruszających się nieoznakowanym radiowozem wyposażonym w wideorejestrator. W pierwszym przypadku kierowca litewskiej lawety przekroczył dopuszczalną prędkość o ponad 50 km/h, wyprzedzał „na trzeciego” – przez linię ciągłą – kolumnę prawidłowo jadących pojazdów. Przejechał, będąc na lewym pasie, przez trzy skrzyżowania. Na zakręcie zmusił jadący prawidłowo z przeciwnego kierunku samochód, do ucieczki na pobocze. Kolejny kierowca z Litwy wyprzedził dwa samochody, w tym nieoznakowany pojazd ITD. Manewr ten wykonał na podwójnej linii ciągłej, wyprzedzając ominął – znajdujące się po prawej stronie – powierzchnię wyłączoną z ruchu i wysepkę.

Jeśli kierowcy łamią w rażący sposób przepisy, inspektor ITD lub policjant może skierować sprawę do sądu. Wtedy taki pirat może zapłacić nawet 5 tysięcy złotych. To już może „boleć”.

Zbyt brawurowa jazda to nie jedyne „grzechy” tych kierowców. Często inspektorzy transportu drogowego zatrzymują pijanych za kółkiem. Zdarzali się tacy, którzy mieli ponad 2 promile. Jednak bywają jeszcze inne bardzo poważne naruszenia popełniane przez kierowców tirów zza wschodniej granicy. Mowa o znacznym przekraczaniu czasu pracy i fałszowaniu zapisów z tachografów. Przykładem godnym napiętnowania może być kierowca białoruskiego tira, który przewoził materiały niebezpieczne. Ów kierowca siedział za kierownicą bez przerwy przez 15 godzin. Wyjechał z Niemiec i pierwszym jego miejscem postoju był parking w… Białymstoku, na którym został zatrzymany do kontroli przez inspektorów. Gdyby nie kontrola, pewnie jechałby dalej.

Inspektorzy znajdują w tirach różnego rodzaju magnesy i wyłączniki fałszujące zapisy tachografów. Wygląda to tak, że pojazd jest w ruchu, a tachograf rejestruje odpoczynek kierowcy. Ponad tydzień temu taki magnes, przyczepiony do nadajnika tachografu, znaleźli inspektorzy z Podlaskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego, podczas kontroli litewskiego tira w miejscowości Suchowola. Kierowca wracał na Litwę z Włoch.

Nagminna jest też jazda na cudzej karcie kierowcy. Jeżeli w pojeździe zamontowany jest tachograf cyfrowy, każdy z kierowców musi używać swojej imiennej karty, na której rejestruje się czas jazdy i wszystkie odpoczynki. Na to jednak też znaleźli sposób nieuczciwi. Jeśli przekroczą swój czas pracy, to do tachografu wkładają kartę innego kierowcy. Taki przypadek wykryli też całkiem niedawno inspektorzy z Podlasia. Kierowca z Białorusi posługiwał się cudzą kartą. Mandat za takie naruszenie wynosi 2 tys. złotych. W tym wypadku doszły jeszcze inne naruszenia przepisów i kierowca musiał zapłacić aż 4400 złotych mandatu. Dodatkowo kara została nałożona na przedsiębiocę. Ten musiał na poczet kary wpłacić kaucję w wysokosci 6200 zł. Maksymalna tego typu kara może wynieść podczas jednej kontroli drogowej nawet 10 tysięcy złotych. Kierowcy z zagranicy muszą mandaty i kary uiścić na miejscu kontroli, w przeciwnym razie pojazd trafia na parking strzeżony.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że inspektorzy ITD są znakomitymi specjalistami w kontroli czasu pracy i w wykrywania wszelkich fałszerstw i manipulacji w tym zakresie.

Należy pamiętać o jednym, że przemęczony kierowca na drodze stwarza podobne zagrożenie, jak pijany. Chwilowe przyśnięcie kierowcy za kierownicą kilkudziesięciotonowej ciężarówki może doprowadzić do tragedii na drodze.

A co Państwo sądzicie na ten temat? Może chcecie podać jakieś przykłady? Z zainteresowaniem czekam na Państwa opinie.

Niebezpieczne przejazdy kolejowe. Może dojść do tragedii!

przejazd kolejowy/ fot. UTK

Tylko w czerwcu Urząd Transportu Kolejowego poinformował o nieprawidłowościach zagrażających bezpieczeństwu ruchu na przejazdach zlokalizowanych aż na sześciu liniach kolejowych. Prezes UTK nakazał zarządcy infrastruktury natychmiastowe usunięcie nieprawidłowości. Kara za każdy dzień zwłoki może wynieść nawet 5 tysięcy euro.

Od początku roku Urząd Transportu Kolejowego, który kontroluje stan bezpieczeństwa ruchu kolejowego, przeprowadził już ponad 80 kontroli na kilkuset przejazdach kolejowych w Polsce. Na jednej linii kolejowej kontrolowano nawet po kilka przejazdów. Jak podaje UTK, zdecydowana większość kontroli zakończyła się wykryciem nieprawidłowości. Niektóre z nich były naprawdę poważne. Zdarzały się przypadki ograniczonej widoczności i zastosowania niewłaściwej kategorii przejazdu, co wiązało się z niewłaściwymi zabezpieczeniami w stosunku do potencjalnego zagrożenia, związanego z występującym na przejeździe natężeniem ruchu.

11 czerwca UTK poinformował o zagrożeniu bezpieczeństwa na dwóch przejazdach kolejowo-drogowych. Jednocześnie zobowiązał zarządcę infrastruktury – PKP PLK – do natychmiastowego wprowadzenia ograniczeń eksploatacyjnych na przejazdach zlokalizowanych w ciągach linii kolejowych Katowice – Zwardoń i Racibórz –Głubczyce. Co niepokojącego wykryli na tych przejazdach inspektorzy UTK? Przede wszystkim m.in. zbyt słabe zabezpieczenia przejazdu w stosunku do istniejącego zagrożenia, uszkodzenia płyt wewnętrznych w torze, spękania nawierzchni asfaltowej z licznymi ubytkami w międzytorzu, uszkodzenia nawierzchni drogi, braki i nieczytelności w oznakowaniu przejazdu kolejowego, czy brak wygrodzeń na dojeździe do przejazdu kolejowego.

Wcześniej na przejeździe kolejowym w Poznaniu przy ulicy Starołęckiej inspektorzy UTK wykryli jeszcze poważniejsze nieprawidłowości mające wpływ na bezpieczeństwo ruchu. Były to m.in.:

- nieusunięcie przez zarządcę od 2012 roku usterek diagnostycznych urządzeń sterowania ruchem kolejowym;

- zbyt krótkie drągi rogatkowe, niezamykające całej szerokości jezdni, co umożliwiało swobodne wejście na przejazd kolejowy przy zamkniętych rogatkach;

- uszkodzone osłony sygnalizatorów drogowych na przejeździe kolejowym;

- niezabezpieczone przewody elektryczne;

- ułożony na chodniku kabel zasilający sygnalizator drogowy;

- niewykonywanie oględzin urządzeń oświetlenia zewnętrznego.

Był to przejazd kolejowy najwyższej kategorii (A) z rogatkami. Strach pomyśleć w jakim stanie są inne.

W ostatnim okresie poważne nieprawidłowości zostały wykryte też m.in. na przejeździe na linii kolejowej Katowice – Zwardoń, Toruń Wschodni – Malbork i w miejscowości Dobre Miasto. We wszystkich wyżej opisanych przypadkach Prezes UTK nakazał natychmiastowe usunięcie stwierdzonych nieprawidłowości.

W czasie długiego weekendu czerwcowego doszło do tragicznego wypadku na przejeździe kolejowym w województwie kujawsko-pomorskim. Pod pociąg wjechała kobieta, która podobno od dawna walczyła o poprawę widoczności na tym przejeździe. W wypadku zginęła dwójka jej dzieci, zaś ona i mąż zostali ciężko ranni.

Oby kontroli w takich miejscach było jak najwięcej. Krzysztof Dyl, Prezes Urzędu Transportu Kolejowego podkreśla, że priorytetem dla niego jest bezpieczeństwo na przejazdach kolejowo-drogowych. Dzięki takim kontrolom kierowcy nie będą narażani na niebezpieczeństwo.

Często jednak to sami kierowcy są sprawcami wypadków w tych miejscach. Tym bardziej, że niektórzy kierowcy nie zachowują podstawowych zasad bezpieczeństwa dojeżdżając do przejazdu kolejowego. Wydaje im się zapewne, że są nieśmiertelni. Zdarzają się przypadki omijania zamkniętych półrogatek, przejeżdżania pod zamykającym się szlabanem, czy przejeżdżania na pełnym gazie przez przejazd, mimo umieszczonego znaku STOP.

Należy pamiętać, że w tych miejscach będzie bezpiecznie, jeśli zarówno zarządcy przejazdów, jak i sami kierowcy zadbają o to bezpieczeństwo.

Niedziela najtragiczniejszym dniem w tym roku

Zakończył się długi czerwcowy weekend. W niedzielę wiele osób wracało do domów i w wypadkach drogowych zginęło aż 16 osób. W tym roku nie było aż tak tragicznego dnia na drogach.

Jak podaje Komenda Główna Policji, od środy do niedzieli doszło do 444 wypadków, w których zginęło 46 osób, a 533 zostały ranne. Funkcjonariusze zatrzymali 1619 nietrzeźwych kierujących. W czasie ubiegłorocznego analogicznego weekendu doszło do nieco większej liczby wypadków (465), w których zginęła taka sama liczba osób. Rok temu policjanci zatrzymali też o 182 więcej nietrzeźwych.

Dlaczego te statystyki są takie tragiczne? Policja podaje, że znów najczęstszą przyczyną zdarzeń drogowych były nadmierna prędkość połączona z brawurą, nieprawidłowe wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu i alkohol. W dalszym ciągu są niestety kierowcy, którzy za nic mają przepisy ruchu drogowego. Pędzą na złamanie karku, traktują drogę, jak swoją własność.

Jeszcze nigdy w tym roku nie zginęło na drogach jednego dnia aż 16 osób. Przeważnie w ciągu jednego dnia dochodzi do kilku śmiertelnych wypadków. Dlaczego ta niedziela była tak tragiczna? Czy aż tak niektórym śpieszyło się do domu?

Droga to nie tor wyścigowy. Oprócz piratów jeżdżą po niej normalni kierowcy, którzy chcą bezpiecznie dojechać do domów. Nierzadko podróżują z całymi rodzinami. I często niestety, przez bezmyślność innych, są ofiarami wypadków. Czy będzie kiedyś weekend, w czasie którego nikt nie zginie na drogach? Tak, jak w krajach skandynawskich? Oby, ale z obecną kulturą jazdy naszych kierowców, daleka do tego droga.

Czerwona fala dla kierowców

Płynny przejazd przez miasto to marzenie wielu kierowców. Może jednak okazać się niespełnione, szczególnie, gdy po drodze będzie „las” czerwonych świateł. Niektórym kierowcom puszczają wtedy nerwy. Trudno nawet im się dziwić, skoro czasem stoi się na wszystkich skrzyżowaniach.

Słyszymy o zielonej fali i zintegrowanych systemach zarządzania ruchem. Może niektórzy spotykają podczas codziennych podróży tego typu nowinki, ale na większości skrzyżowań tych udogodnień niestety nie ma. Często są za to tzw. czerwone fale.

Jeśli jedziemy w korku to nawet jakoś przecierpimy stanie na „wiecznym” czerwonym. „I tak zaraz pewnie gdzieś utknę, nie ma zatem zbyt dużego znaczenia, czy zatrzymałem się przed sygnalizatorem” – myślimy sobie.

Ciśnienie podnosi się nam jednak bardzo, gdy nie ma akurat korków a my co chwila stoimy. Dlaczego? Z prostej przyczyny – znów kolejne czerwone. Czasami mamy odczucie, że chyba „ktoś” nam robi na złość.

Posłużę się przykładem z Warszawy, mianowicie jedną z bardziej znanych ulic – Puławską. Może tylko ja mam pecha, ale praktycznie zawsze, gdy nią jadę, zatrzymuję się na większości świateł. Nie dzieje się to bynajmniej w godzinach szczytu i w korkach. Stojąc już na owym czerwonym, często widzę na kolejnym skrzyżowaniu światło zielone. Myślicie Państwo, że ktoś na nim przejeżdża? Może jedynie jakieś pojedyncze samochody, które zdążyły wyjechać z bocznych uliczek lub z miejsc parkingowych przy ulicy. Zdecydowana większość kierowców stoi przecież na poprzednim skrzyżowaniu i czeka, aż zapali się zielone. Jak już sobie ruszą po zmianie świateł, to przed dojazdem do tegoż kolejnego skrzyżowania zapala się…czerwone.

Kiedyś usłyszałem, jak zdesperowani kierowcy „robią” sobie zieloną falę. Jest ona wtedy, gdy się wciśnie „gaz do dechy”. Oczywiście jest to metoda niedopuszczalna i nikomu jej stosować nie wolno. Piraci drogowi często mają za nic przepisy i tym swoim rajdem stwarzają ogromne zagrożenie przede wszystkim dla pieszych, ale również dla innych użytkowników dróg. A przypomnę, że w większości przypadków jest to obszar zabudowany!

Może osoby odpowiedzialne za ustawianie cykli zmiany świateł przeprowadziłyby jakiś „audyt” na niektórych skrzyżowaniach?  Dlaczego kierowcy jadący przepisową „50″ muszą mieć „pod górkę”, a zieloną falę mają gnający na złamanie karku piraci drogowi? A już najbardziej denerwuje mnie czerwona fala w nocy. Na drodze pusto, ewentualnie jakieś taksówki oraz pojedyncze auta i za każdym razem „czerwone”.

Przez takie „udogodnienia” tracimy nie tylko nerwy, ale również cenny czas i pieniądze. Przecież przez to ciągłe zatrzymywanie się samochód też więcej pali. Ile byśmy oszczędzili w skali roku? Pewnie sporo czasu i gotówki.

Czy tak musi być? W ilu miejscach Warszawy obserwujecie Państwo takie utrudnienia? A jak jest w innych dużych i tych mniejszych miastach? Czekam na Wasze opinie.