Sekundniki na skrzyżowaniach. Czemu jest ich tak mało?

Dojazd do jednego z większych skrzyżowań w Warszawie. Zapala się żółte światło. Na dwóch pasach zatrzymują się samochody. Lewym skrajnym „przelatuje” jednak jeszcze dwóch kierowców. Ewidentnie na czerwonym. Może pomogłyby sekundniki?

Każdego dnia taki obrazek można zaobserwować na wielu skrzyżowaniach. Są kierowcy, którzy jeżdżą zgodnie z przepisami i niestety tacy, którym śpieszy się bardziej. Ci ostatni przeważnie tłumaczą się, że było to późno zielone, żółte lub wczesno czerwone. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że złamali przepis za który należy się nawet 500 złotych mandatu i 6 punktów karnych.

Aut przejeżdżających na czerwonym świetle widziałem w ostatnich latach setki. Osobiście na drodze i na nagraniach przesłanych do programu „Szkoła przetrwania”,  który prowadzę wspólnie z Mariuszem Sokołowskim. W szczególności utkwił mi w pamięci jeden film, na którym widać bodajże pięciu kierowców wjeżdżających „bardzo spóźnionych” na warszawską Wisłostradę.

Całe szczęście, że światło zielone dla jadących z ulic poprzecznych zapala się często z większym opóźnieniem. W przeciwnym razie zapewne dużo częściej dochodziłoby do tragicznych wypadków. Pamiętam, jak jakiś czas temu ruszając na zielonym świetle na skrzyżowaniu Woronicza z Aleją Niepodległości w Warszawie zobaczyłem wielką betoniarkę, która przemknęła mi tuż przed maską. Ten kierowca miał czerwone światło już od 2-3 sekund. Gdybym dojeżdżał do skrzyżowania, a nie ruszał ze świateł, zapewne tego tekstu nigdy bym już nie napisał.

Tłumaczeń takich piratów nie da się zrozumieć. Jednak może ułatwieniem dla niektórych byłyby sekundniki. Są montowane przy sygnalizatorach już od kilku lat w niektórych miastach. Co roku jestem w Opolu i bardzo dobrze sprawdzają się tam na skrzyżowaniach. Po pierwsze dojeżdżając do nich widzimy, za ile sekund zmieni się światło. Jeśli wiemy, że za moment zapali się czerwone, to zwalniamy. Na skrzyżowaniach bez sekundników czasami można zaobserwować, jak jeden kierowca zatrzymuje się a drugi rozpędzony hamuje z piskiem opon lub wjeżdża mu w bagażnik. Pierwszy, gdy zapaliło się światło żółte miał czas na bezpieczne zatrzymanie się. Drugi myślał, że na żółtym uda się jeszcze „przeskoczyć”.

Kolejna rzecz, tam gdzie są sekundniki wiemy za ile czasu zapali się zielone. Pierwszego biegu nie muszą wtedy wrzucać kilkanaście sekund wcześniej ci najbardziej niecierpliwi kierowcy i nerwowo czekać w gotowości. Inni zaś często wrzucają „jedynkę” dopiero kilka sekund po zmianie świateł. Sekundniki rozwiązałyby ten problem i jeździlibyśmy zatem płynniej. I na koniec, może część kierowców przestałaby wjeżdżać na skrzyżowania jeszcze co prawda na zielonym, lecz bez możliwości opuszczenia ich przed zmianą świateł. Jest to bardzo denerwująca sytuacja dla tych, którzy na swoim zielonym nie mogą przejechać przez zakorkowane skrzyżowanie.

Wiem, że koszt montażu sekundników może być dla niektórych samorządów zbyt wysoki. Może warto jednak wytypować na początku te najbardziej niebezpieczne skrzyżowania, na których dochodzi do wypadków z powodu wjazdu na czerwonym świetle. Potem zaś te skrzyżowania, na których tworzą się korki przez pośpiech kierowców.

A jakie jest Państwa zdanie na temat sekundników? Chcielibyście, żeby były zamontowane przynajmniej na tych najniebezpieczniejszych skrzyżowaniach w Waszych miastach? Co sądzą na ich temat na przykład mieszkańcy Krakowa, Opola czy Wrocławia, którzy niemal codziennie spotykają je na swojej drodze? Czekam na Państwa opinie.

Zderzyła się z drzewem…bo w aucie odpadła kierownica

fot. Dawid Wnuk

Jest najbardziej doświadczoną zawodniczką w polskim motorsporcie. Od lat związana ze sportem i aspektami bezpieczeństwa na polskich drogach. Zawsze dąży do celu, teraz postawiła sobie najwyższy – start w rajdzie Dakar.

Ma ciężką nogę, uwielbia wysoki poziom adrenaliny. Chce być zawsze najszybsza. Samochody od dawna są Jej pasją. Nie zapłaciła jednak jeszcze żadnego mandatu z fotoradaru. Czy to możliwe? Oczywiście!

Wywiad z Klaudią Podkalicką, kierowcą rajdowym i wyścigowym. W tekście zdjęcia nowego samochodu rajdowego Klaudii. 

Nowe auto, fot. archiwum, Klaudia Podkalicka

ALVIN GAJADHUR: Od ilu lat ścigasz się w rajdach?

KLAUDIA PODKALICKA: W rajdach zaczęłam startować w 2009 roku. Wcześniej startowałam w wyścigach. Dostałam propozycję startu w Dakarze 2007, jako drugi kierowca ciężarówki, razem z Grześkiem Baranem. To miał być pierwszy krok do samodzielnego startu w kolejnych latach. Był to przełom w mojej karierze. Pokochałam Cross Country. Rok przygotowań, wiele wyrzeczeń, ciężka praca i stało się to, czego nikt się nie spodziewał. Z powodu zagrożenia terrorystycznego Dakar został odwołany. Mnie to jednak nie zniechęciło. Od tamtej pory start w Dakarze jest moim celem. Obecnie startuję w rajdach Cross Country w Mistrzostwach Polski, Europy Centralnej i Pucharze Świata, zbierając cenne doświadczenia.

A.G.: Jakie są Twoje największe sukcesy w tym sporcie?

K.P.: W 2014 roku zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata podczas rajdu Baja Poland. Jest to mój największy sukces w rajdach Cross Country. Było też wicemistrzostwo Adac Logan Cup oraz tytuł najszybszej kobiety w historii pucharu Kia Lotos Race. Cały czas się uczę i nawet zdobywając jakieś trofeum myślę o tym, co jeszcze mam do zrobienia. A moim celem, co będę podkreślała na każdym kroku, jest Dakar.

A.G.: Byłaś pierwszą kobietą z licencją rajdową? Czy inne kobiety idą w Twoje ślady?

K.P.: Może nie pierwszą, ale jedną z nielicznych kobiet w tym, jak to się mówi, męskim sporcie. Wiem natomiast, że dla wielu kobiet jestem inspiracją w dążeniu do startów. Przeszłam ciężką i ciernistą drogę przez te wiele lat startów w wyścigach i rajdach. Nie tylko od strony sportowej, gdzie rywalizowałam głównie z mężczyznami, ale i również od strony organizacyjnej. Motorsport do tanich nie należy a „spinanie” budżetów łatwe nie jest. Wiara w sukces czyni jednak cuda.

fot. archiwum, Klaudia Podkalicka

A.G.: Czy miałaś jakieś niebezpieczne sytuacje podczas rajdów?

K.P.: Tak, i było ich wiele. Najbardziej ekstremalne były dachowania, urwanie koła. Utkwiła mi w pamięci sytuacja podczas jednego z rajdów, w którym na jeden kilometr przed metą, na wąskim leśnym odcinku, przy dużej prędkości kierownica została mi w ręku. Było ostre hamowanie, ale i tak nie udało się uniknąć spotkania z drzewem. To było bolesne i traumatyczne przeżycie.

A.G.: Pochwal się swoją najnowszą „zabawką”. Czym wyróżnia się od aut konkurentów Twój nowy samochód rajdowy?

K.P.: Jest to Mitshubishi Pajero w specyfikacji T-2, czyli samochodów produkcyjnych. Został przygotowany we Włoszech przez firmę R-Team. Ten samochód ma wiele zalet. Przede wszystkim jest bardzo kompaktowy. Świetnie spisuje się na odcinkach ciasnych i krętych, co daje wiele frajdy z jazdy. Jest solidnie zbudowany, ma znakomicie zestrojone zawieszenie. I co najważniejsze – ma moc. Konkurencja dysponuje również sprzętem na najwyższym poziomie. Obecnie w tej klasie samochodów startują m.in. Nissany Navara, Toyoty Land Cruiser oraz Fordy Raptor.

fot. archiwum, Klaudia Podkalicka

A.G.: Jak reagują mężczyźni widząc kobietę w szybkim sportowym aucie? Czy chcą się ścigać?

K.P.: Chcą i to często. Ale ja nie chcę i tego nie robię. Bezpieczeństwo w ruchu drogowym jest po motorsporcie moim drugim „konikiem”. Chcę dawać dobry przykład, jako kierowca. Mogę się zmierzyć z każdym, ale w bezpiecznych warunkach dla innych, czyli np. na torze.

A.G.: Jaką maksymalną prędkość osiągnęłaś podczas zawodów?

K.P.: W rajdach terenowych było to 165 km/h, zaś w wyścigach około 280 km/h. Szybciej samochody nie chciały jechać. Warto jednak podkreślić, że prędkość nie jest najważniejsza.

A.G.: Zadam Ci teraz trudne dla niektórych pytanie. Ile dostałaś mandatów? Czy masz na swoim koncie jakieś punkty karne?

K.P.: I tu Cię zaskoczę. Konto mam czyste i zawsze, od kiedy zdałam egzamin na prawo jazdy, takie miałam.

A.G.: Jak jeździsz po drogach publicznych? Co sądzisz o kulturze jazdy innych kierowców? Czy boisz się fotoradarów Inspekcji Transportu Drogowego?

K.P.: Tak, jak wspomniałam, bezpieczeństwo dla mnie jest najważniejsze. Razem z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego realizujemy kampanię „10 mniej. Zwolnij!”. Staram się przez sport i doświadczenie wpływać na świadomość kierowców, która niestety w Polsce jest niska. A fotoradarów nie boję się, bo wiem, że Inspekcja postawiła je w niebezpiecznych miejscach na drogach i dlatego zachowuję tam szczególną ostrożność.

fot. archiwum, Klaudia Podkalicka

A.G.: Czym interesujesz się oprócz rajdów?

K.P.: Sport jest dla mnie ważny w każdym wydaniu. Między rajdami staram się dbać o kondycję fizyczną, ponieważ warunki w jakich pracujemy są ekstremalne. Kiedyś był balet, do którego mam ogromny sentyment. Teraz to siłownia, nurkowanie a zimą narty…muszę być cały czas w ruchu.

A.G.: W jakich zawodach w najbliższym czasie będzie można Cię zobaczyć?

K.P.: Wezmę udział w Mistrzostwach Polski w Rajdach Terenowych. Najbliższy Baja Czarne odbędzie się w dniach 12 – 13 czerwca. Mam wielką nadzieję, że budżet pozwoli nam na kilka startów w Pucharze Świata. Nie ominę też Rajdu Baja Poland, który odbędzie się w Szczecinie w ostatni weekend wakacji. To dla mnie najważniejsza impreza w sezonie, ponieważ odbywa się w moim rodzinnym mieście. Planuję również start w Hungarian Baja, to jedna z najtrudniejszych rund Pucharu Świata. Łącznie razem z zespołem Total przygotowaliśmy start w ośmiu imprezach różnej rangi. Celem na ten rok jest podium w Mistrzostwach Polski w grupie T2.

A.G.: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów.

Na rowerze do pracy? Ciekawa alternatywa

Sezon rowerowy w pełni. W stolicy po ścieżkach rowerowych i ulicach porusza się mnóstwo jednośladów. Część osób dojeżdża nimi do pracy. Czy tak popularne wypożyczalnie rowerów miejskich znalazłyby amatorów w podwarszawskich miejscowościach? Może byłaby to atrakcyjna alternatywa dojazdu do pracy?

Podejrzewam, że kluczową sprawą są ścieżki rowerowe. Gdyby było ich więcej i dochodziły do gmin podwarszawskich, zapewne więcej osób zdecydowałoby się wsiąść rano na rower, zamiast do samochodu, autobusu czy pociągu. Wiele osób boi się jednak jechać jednośladem, dzieląc drogę z pędzącymi autami. Trudno się temu dziwić, widząc wyczyny niektórych kierowców. Zajeżdżanie drogi cyklistom, spychanie na pobocze czy ochlapywanie wodą z kałuży. Nowe ścieżki rowerowe na pewno rozwiązałyby ten problem i pomogły podjąć decyzję wahającym się amatorom dwóch kółek.

Kolejna sprawa to rower. Nie każdy ma gdzie go zostawić. Zwykle tam gdzie pracujemy, takich wyznaczonych miejsc jest naprawdę mało. Jeśli już są to przeważnie przy nowoczesnych biurowcach. I to nie przy wszystkich. Strach jednak zostawić rower, wart kilka tysięcy złotych, bez opieki cały dzień.

Może zatem rozwiązaniem byłyby kolejne stacje bardzo popularnej wypożyczalni rowerów miejskich. Tyle że pod Warszawą. Aktualnie w stolicy taki rower można wypożyczyć i zwrócić w około 200 punktach, czyli można dojechać na nim praktycznie wszędzie. Dodatkowym plusem jest fakt, że nie martwimy się co z takim rowerem zrobimy będąc w pracy, na spotkaniu, w kinie, czy na imprezie. Po prostu odstawiamy go do specjalnej stacji operatora systemu. Opłaty za wypożyczenie są niewielkie, zaś pierwsze 20 minut mamy nawet gratis. Możemy zatem część trasy przejechać rowerem, resztę na przykład komunikacją miejską. Jeśli popsuje się po południu pogoda, rezygnujemy z powrotu jednośladem. Gorzej, jeżeli przyjechaliśmy do pracy własnym rowerem. Wtedy często musimy wracać do domu w deszczu.

Z mapki na stronie operatora systemu Veturilo wynika, że rowery można wypożyczyć już m.in. w kilku miejscach w Konstancinie Jeziornej. Może zatem warto poszerzyć system o kolejne podwarszawskie miejscowości? Co myślą na ten temat mieszkańcy Łomianek, Legionowa, Marek, Ząbek, Pruszkowa czy Piaseczna? Czy chcielibyście mieć wypożyczalnie rowerów w swoich miejscowościach? Może nawet znalazłyby się osoby, które rowerem dojeżdżałyby do Warszawy z bardziej oddalonych miejsc? Przykładowo z Góry Kalwarii. A jak sytuacja wygląda w innych miastach wojewódzkich? Czekam na Państwa opinie.

Szczęśliwi czy „zakorkowani”? Skazani na „Mordor”?

Dla jednych prestiż pracy w najbardziej znanym zagłębiu biurowym w Warszawie, dla innych zaś koszmar związany z codziennymi dojazdami. Dziesiątki tysięcy osób stojących codziennie w korkach lub tłoczących się w środkach komunikacji miejskiej. Czy będzie lepiej, czy może lepiej już było?

Wraz z wyrastającymi nowymi biurowcami, na Służewiec swoje siedziby przeniosło wiele firm. Trzeba obiektywnie przyznać, że standard pomieszczeń biurowych jest wysoki. Dla wielu osób praca na Służewcu byłaby przyjemnością, gdyby nie jeden drobny szczegół…problem z dojazdem.

Kiedyś była to spokojna i nieco zapomniana okolica. Jeszcze w latach 80-tych ubiegłego wieku w tym rejonie były głównie zakłady przemysłowe i magazyny. Stąd zapewne nazwa Służewiec Przemysłowy. W latach 90-tych funkcjonowały tu hurtownie i sklepy. Mieściły się w kilkupiętrowych, starych halach, stopniowo burzonych pod nowe budynki centrum biznesowego. Zostały jeszcze pojedyncze z nich, które znajdują się między nowoczesnymi biurowcami. Całkiem niedawno okolica zyskała nazwę „Mordor”. Tak nazwali ją pracujący w okolicznych biurach.

Już około godziny 7 rano zaparkowanie w pobliżu ulic Postępu i Domaniewskiej graniczy z cudem. Chyba, że ktoś należy do grona szczęśliwców i ma miejsce parkingowe w garażu podziemnym. Ewentualnie takie miejsce można wynająć na placach, na których stoją owe ostatnie budynki z czasów PRL-u. Chyba nikt nie myśli o budowie ogólnodostępnych miejsc parkingowych na ulicy. Takich dla licznych gości. Wiele osób, które tu przyjechały coś załatwić i na chwilę zostawiły auto, spotkało niemiłe rozczarowanie. Ich samochody zostały odholowane na lawecie w ciągu dosłownie kilkunastu minut. Dlaczego? Bo z braku miejsc zaparkowali na zakazie.

Powrót z „Mordoru” do domu w godzinach popołudniowego szczytu komunikacyjnego to osobna historia. Są budynki z których wyjazd to swoista męka. Wbicie się w zakorkowaną ulicę dla wielu trwa wieczność. Osoby tu pracujące zapewne pamiętają co działo się na przyległych ulicach na początku kwietnia, kiedy wyłączona została jedna jezdnia ulicy Domaniewskiej. Trudne do opisania dantejskie sceny, zablokowane skrzyżowania, trąbienie. I to przez blisko trzy tygodnie. Niektórzy wyjeżdżali z garaży podziemnych ponad pół godziny a przejazd kilkusetmetrowego odcinka ulicy Domaniewskiej do Wołoskiej zabierał nawet 40 minut. Przebudowa na szczęście się zakończyła, ale mają być kolejne remonty. Jak przeżyją to pracujący w okolicy? Czas pokaże.

Kiedy zatkają się całkowicie te małe ulice? Zapewne już niedługo. Z chwilą oddawania nowych biurowców korki będą coraz większe. Planowane jest poszerzenie ulicy Wołoskiej, jednak raczej sporych korzyści z tego nie będzie. W korkach stoi się na ulicach dojazdowych do biur, na ulicy Marynarskiej, Rzymowskiego, Wilanowskiej i Domaniewskiej. Na tej ostatniej korek potrafi sięgać przez ulicę Puławską oraz Idzikowskiego – aż do Trasy Siekierkowskiej, która też oczywiście stoi w korku. Ostatnio usłyszałem od jednej osoby, że powrót z „Mordoru” do Rembertowa potrafi zająć nawet dwie i pół godziny. W jedną stronę, żeby nie było wątpliwości.

Pewne modernizacje jednak zastanawiają. Nie wiedzieć czemu, po przebudowie ulicy Marynarskiej, ulica Suwak stała się „ślepa”. Pracujący zatem na niej ludzie, żeby dotrzeć do Ursusa czy Włoch, muszą zrobić dodatkowe „kółko” przez Domaniewską i Postępu do Marynarskiej. Oczywiście w korku. Pół godziny w „plecy”.

A dojazd w te rejony komunikacją miejską? Też jest utrudniony. Metrem do stacji Wierzbno czy Wilanowska, a potem tramwajem lub autobusem. Z innych kierunków zapchanymi do granic możliwości autobusami lub tramwajami. Na Wierzbnie pusty z reguły tramwaj jadący na Służewiec, zapełnia się w kilka sekund. Niektórzy muszą poczekać na kolejny.

Ile zajmuje Państwu dojazd np. z Otwocka, Piaseczna, Łomianek, Radzymina, Wołomina, Ząbek czy Legionowa? Z miejscowości podwarszawskich też dojeżdża sporo osób do pracy do „Mordoru”. Czekam na sygnały. A jak wygląda sytuacja w innych miastach? Też są takie „Mordory” czy raczej mniejsze centra biurowe?

Tekst spotkał się z dużym odzewem internautów, którzy zaproponowali rozmaite rozwiązania. Warto niektóre z nich przytoczyć. Może kiedyś dojdzie do ich realizacji?

Czytelnicy Onetu zaproponowali kilka ciekawych rozwiązań.

Jedno z najprostszych, praktycznie do wdrożenia od zaraz, to umawianie się ze znajomymi z pracy mieszkającymi w pobliżu i jazda w kilka osób jednym samochodem. Można przypuszczać, że jeśli byłaby to akcja zakrojona na szeroką skalę, przyniosłaby odczuwalną poprawę. Korki na pewno zmniejszyłyby się i dodatkowo mielibyśmy czystsze powietrze.

Kolejna propozycja, to zamiana czterech kółek na dwa. Ciekawy pomysł dla osób mieszkających stosunkowo niedaleko, ale raczej tylko na sezon wiosenno-letni i to przy dobrej pogodzie. Trzeba jednak przeprowadzić pewne modernizacje – musiałyby powstać ścieżki rowerowe. Uważam, że komfort jazdy, a przede wszystkim bezpieczeństwo jest najważniejsze. Trudno zatem się dziwić, że mało kto chce ryzykować jazdę między autami w korku. Jeżeli będą ścieżki, to zapewne przybędzie też rowerzystów. Taki rower trzeba mieć też gdzie zostawić. Niektóre biurowce mają wydzielone miejsca do pozostawienia dwóch kółek, powinny jednak powstać kolejne.

„Z Mordoru do Rembertowa bezpośrednio, co ok. 30 minut jeździ SKM-ka, a podróż nią zajmuje ok. 40 – 45 minut.” – napisał jeden internautów. Kolejny dodał, że w ciągu 45 minut dojeżdża z Legionowa. Wydawać by się mogło, że to ciekawa propozycja alternatywnego dojazdu. Stacja Służewiec jest zlokalizowana w pobliżu. Jeśli ktoś pracuje kawałek dalej, mógłby potem podjechać tramwajem. Może warto nieco zweryfikować rozkłady jazdy, na przykład dodać jakieś połączenia. Dojazd z Piaseczna też zapewne byłby super, gdyby pasażerowie nie musieli wsiadać do zatłoczonych pociągów jadących do/z Radomia i Warki. Gdyby było więcej pociągów, tudzież dłuższe składy, pewnie część osób dojeżdżających spoza Warszawy, rano zostawiałoby auto gdzieś po drodze, przy stacji kolejowej. Byłaby to atrakcyjna alternatywa dla zakorkowanej w godzinach szczytu Puławskiej.

Można wybrać jeszcze inną metodę dotarcia do pracy i to znacznie zdrowszą. Jak pisze jeden z czytelników: „Nie przesadzajcie! Można dojeżdżać metrem do stacji Wierzbno albo Wilanowska, a potem na piechotkę, względnie dojazd tramwajem. Bez korków. Ale jeżeli chce się szpanować dużymi samochodami, to są korki!”. Zgadzam się z tą opinią, poranny spacer to ciekawe rozwiązanie. Trzeba tylko chwilę wcześniej wyjść z domu i być przygotowanym na różne warunki atmosferyczne. Ale pojawiły się też inne głosy: „A ten, kto musi po drodze odprowadzić dzieci do szkoły, albo do przedszkola lub żłobka, to bez problemu wyrobi się bez auta?” – pyta internauta. Rzeczywiście z tym może być problem, jeśli jest dwójka lub trójka dzieci a każde trzeba zawieźć do innej placówki.

Pojawiła się też propozycja budowy ogólnodostępnego parkingu kilkupoziomowego. I jeszcze ostatni pomysł, najmniej realny – krótka odnoga z pierwszej linii metra od stacji Wilanowska do „Mordoru”. Zapewne koszty inwestycji byłyby niewspółmierne do korzyści, a jeszcze doszłyby problemy technologiczne budowy.

Prześledziłem tak na szybko Państwa pomysły. Może któreś uda się zrealizować? Czas pokaże.